Pisząc przy piwie po powrocie
Czas – “wielkość fizyczna określająca kolejność zdarzeń”…
Ulotny jak jedna chwila, rozległy jak wieczność. W nim byt ludzki – obrazy, odczucia, zapachy, tęsknoty, zawody, podróże, przyjemności….
Mija…
Zdarzenia w nim umieszczone mają swój początek, mają swój koniec. Dziś jest niedziela, otworzyłem butelkę świeżego Budvara, przytarganego na własnych plecach z Czech. Wlałem go do pamiątkowego kufla. Piję.
Piję i dumam nad ostatnimi dwoma tygodniami. Patrzę na pieniące się piwo, którego biały puch ściągany siłą grawitacji spełza po szklanej ściance. Tak jak ten kufel zapełniony był czas mojego wyjazdu. Ten Budvar to symbol tego, że był to dobry czas, dobre jego wypełnienie, to jego smak. Przyjemnie będzie powrócić do tych wakacji wspominając je na fotografiach, w pamięci i być może do osób z nim związanych. Ostatni tydzień był przedziwny – dużo nowo poznanych istnień, wiele nowych obrazów, nowych wrażeń i powstające dzięki nim przestrzenie.
…mmm, wspaniały ten Budvar!
PS: Niedługo zacznę nadrabiać zaległości, a zacznę od podmiany zdjęć – wszystkie ostatnie są fatalnie przygotowane :-)
Czechy, wpis_#3, Chata OZON
Tytułowa chata OZON mieści się wśród malowniczych krajobrazów karkonoskich gór, niedaleko miejscowości Zacler – tudzież bardziej po polsku Żaclerz. W takich oto miłych okolicznościach przyrody czasopismo “Fotografia & aparaty cyfrowe” zorganizowało Warsztaty fotograficzne dla miłośników fotografii… stąd też moja obecność tutaj. Oczywiście jako uczestnika :-) Ze względu na to, że mój dzień jest obecnie maksymalnie wypełniony różnymi zajęciami oraz konsumpcją perfekcyjnego czeskiego piwa nie mogę się niestety przygotować moich kolejnych notek o tym, co działo się w ubiegłym tygodniu. Szczęśliwie nie działo się tam nic nadto dynamicznego, więc niczego zapomnieć nie powinienem i notki te z pewnością będą przygotowane i opublikowane. Czekają zatem jeszcze krótkie opowieści z Prachatic, Taboru i Bechyne.
Tymczasem wracam do zajęć :-) Poniżej kilka fotografii z okolic OZON’u zrobionych podczas wczorajszego spaceru.
Czechy, wpis_#2
W czasie „chwili przerwy” wspomnianej w poprzedniej notce dojechałem spokojnie do miejscowości o nazwie Tabor, znalazłem nocleg, zjadłem przepyszny obiad, połaziłem, umieściłem posta na eBlogu i… wylądowałem w pokoju. Jednak o tym wszystkim szerzej później. Najpier musimy wrócić do opowiastki o tym całym Czeskim Krumlowie. Na czym to ja skończyłem poprzednio? Ach, tak… już sobie przypomniałem. Zatem… powrót do przeszłości… skok do pociągu…
…którym jechałem do Krumlowa i jeszcze nadal nie dojechałem. W pociągu poznałem za to Australijczyka, prawdziwego :-) Na imię mu było Paul. Całkiem sympatyczny koleś, był właśnie 3 miesiąc w podróży. Zostały mu jeszcze 3 tygodnie. Jeździ po Europie Wschodniej zatrzymując się w hostelach. Kilka dni tu, jeden gdzieś tam. Coś jak ja teraz tylko na o wiele większą skalę. Oczywiście świetny pomysł. Paul w zasadzie wyglądał jak urodzony surfer – ogorzała twarz, wypalone do białości włosy. Okazało się jednak (choć później, przy popołudniowym kuflu piwa), że jest pilotem turystycznym. Pokazuje ludziom jego kraj, wozi ich na obozy pod gołym niebem na australijskim pustkowiu. Ciekawa fucha. W między czasie wymieniliśmy się kontaktami, da mi znać później jak jego podróż. Dodatkowo wisi mi nasze wspólne zdjęcie, które zro
biła nam jakas jego rodaczka. W gospodzie, w której czeskie piwo musowało nasze podniebienia była grupa wycieczkowiczów z Australii i zgadaliśmy tam się z jedną młodą niewiastą imieniem Monika (znów się narażam! ;-)).
Wracajmy jednak do samego Krumlowa. Miasto rzeczywiście robi wrażenie. Idąc z dworca w stronę głównego miasta mamy możliwość obejrzenia niesamowitej panoramy całej starówki wraz z zamkiem. Niezliczona ilość czerwonych dachów i wybijająca się z tego wszystkiego, górująca nad nimi kolorowa wieża zamku. Z której zresztą można podziwiać kolejną panoramę miasta, szczególnie jej południowej części. Idąc wąskimi ulicami co krok można podziwiać kamienice zdobione w najróżniejszy sposób, pomalowane w różne kolory (tutaj też lubują się w sgrafficie) Tak jak po północnej stronie, za rzeką góruje krumlowski zamek, tak po południowej, niedaleko rynku, białawy kościół św. Wita. W sumie chyba w każdym mieście mają podobny, gotycki kościół.
Jak dla mnie bardzo ciekawe jest samo położenie starówki. Jej granice wyznacza z prawie każdej strony najważniejsza dla Czechów rzeka – Wełtawa. Tylko od wschodu jest inaczej. Natomiast zamek znajduje się tuż za rzeką po północnej stronie (da się zawuażyć, że studiowałem mapę miasta, hę? ;-)).
Miasto z pewnością ma jeden minus, związany z tym o czym już pisałem. Czyli jest ono popularne, cholernie popularne. Mimo połowy września, nie najlepszej pogody turystów jest tam bez liku: Rosjan czy Azjatów wszelkiej maści (i na bank jeden Polak – ja). O dziwo rzadziej spotkać można Niemców, na których Czesi nastawiają się najbardziej. W każdym mieście, w którym dotychczas byłem (mam na myśli czas zupełnie teraźniejszy czyli były to 4 miasta) nie ma problemu z porozumiewaniem się w języku naszych zachodnich sąsiadów. Z angielskim jest już gorzej, szczególnie mam na myśli gospody czy sklepy. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki. Mimo to jakoś można się dogadać, szczególnie znając polski :-) Generalnie z językiem u Czechów jest podobnie jak w Polsce. Trudno w zwykłym sklepie, w kasie na dwo
rcu (no, chyba, że jest to Praga), kiosku w popularnym miejscu dla tursystów etc, dogadać się po angielsku. Dziś na ten przykład, kiedy rozliczałem się z noclegów w pensjonacie gostek zza bardzo po prostu zwiał, 2 kelnerki raczej mnie omijały. Dopiero kiedy zagadałem po 5 minutach zawołały dziewczynę z kuchni, która cos jarzyła. Taka ciekawostka. Hm, może jednak u nas jest pod tym względem lepiej. Ok, nie ma co się rozdrabniać. Wracajmy do głównego tematu.
Są i w Krumlowie takie miejsca gdzie turystów spotkać trudno. Przede wszystkiem w południowej części miasta, w zasadzie tuż za rzeką jest wręcz pusto. Jest tam mały park, gdzie lokalna ludność chodzi ze swoimi pociechami na spacery (hm, czy zawsze z pociechami? ;-)). Ba, znalazłem nawet bardzo dobrze wyposażony publiczny szalet. Nowiuśki. Za darmo! Prawie nie używany. Miejąc jednak na uwadze bliskość parkingu przypuszczam, że w sezonie typowo letnim ktoś do niego jednak zagląda.
Bądz co bądz Czeski Krumlow zdecydowanie jest wart obejrzenia, nawet mimo tej wielkiej ilości turystów. W końcu byłem jednym z nich. Tym obrzydliwym, który lata po mieście z aparatem i wszystko fotografuje, jak jakiś Japończyk ;-) (w końcu sprzęt mam japoński, prosto z Tajlandii). Jeśli ktoś nie chce poświęcic miastu zbyt dużo czasu to zdecydowanie kilka godzin wystarczy na to by je obejrzeć. A, jeszcze coś o rynku – „namesti Svornosti” – ten niestety rozczarowuje, szczególnie mając na uwadze pozostałą część miasta. Jest raczej niewielki, jakiś taki nijaki, bez klimatu. Zupełnie inny niż w… a, pssst… o tym w którymś z kolejnych „odcinków” :-)))
Powrót do Budziejowic odbył już bez żadnych dodatkowych przygód. Autobusem, nie, nie żadnym zastępczym. Zwykłym – ichnim pekaesem, ale krócej. Pociąg jedzie z godzinke, autobus odrobine ponad pół. Gdzieś z 35 minut. Bateria w telefonie była na jednej kreseczce, krzyczała już, że energii jest w niej niewiele, a do samego powrotu wytrzymala i bawiła mnie wygrywając skoczne lub ponure utwory wprost do moich uszu.
Następny dzień się zbliża, następny plan się rodzi. Tym raze
m będą to Prachatice. I w oczekiwaniu na „opowieść” stamtąd zostawiam Was samych.
Na koniec klasycznie kilka zdjęć, tym razem z Czeskiego Krumlowa. Znów pogoda fatalna, wybaczcie zatem słabe zdjęcia.
PS: Jutro czeka mnie podróż na wschód Czech, w Sudety. Nie wiem czy będę miał tam dostęp do Netu. Zaglądajcie oczywiście (Ci, którzy to robią), choć miejcie na względzie to, że kolejne wpisy mogą pojawić się dopiero za tydzien :-(
PS 30 września: Usunąłem zdjęcia (poza jednym), będą niedługo w nowym poście dostępne.
Czechy, wpis_#1
niedziałek, 15 września, Czeskie Budziejowice
Po prawie 20-u godzinach podróży, jadąc 3 różnymi pociągami dotarłem do pierwszego celu mojej wycieczki – do Czeskich Budziejowic. Podróż sama w sobie nie była taka straszna. Choć noc, mimo miejsca w kabinie z łóżkami, nie była zbytnio łaskawa. Chrapanie współspacza z Białorusi, śpiącego jedno łóżko niżej (na szczęście tylko na początku) i dziwne odgłosy dochodzące spod kół jakby pociąg jechał po kamieniach, a nie po torach sprawiły, że sen był mocno urywany. Mimo to do Pragi Smichow dotarłem w dobrej formie. Podróż drugą klasą już do Budziejowic powiedziała mi tylko tyle, ze Czesi utrzymują swoje pociągi w o wiele lepszym porządku. Dodatkowo konduktor sprawiał bardzo sympatyczne wrażenie. Był wielki, trochę ryżawy, miał na sobie bojówki w kolorze khaki, niebieską bluzę i czerwoną opaskę, która mówiła co tu w robi.
Budziejowice na pierwszy rzut oka wyglądają jak małe miasta w Polsce, podobny (z zewnątrz) dworzec kolejowy, podobny spacerniak prowadzący w głąb starówki. Są też jednak przejścia podziemne (i to bez obskurnych sprzedawców kiepskiej jakości odzieży!), trolejbusy, wielkie centra handlowe. Dworzec, o ile z zewnątrz wygląda obskurnie tak w środku utrzymany jest całkiem dobrze. Czysty, przestronny, wymalowany.
Budziejowice zaskakują. Tak jak pierwsze wrażenie było, powiedzmy sobie, że średnie, tak im bardziej dochodzi się do starówki tym lepiej. Starówka jest spora, pełna kolorowych i ciekawych kamienić. Wiele z nich posiada arkady, w tym wszystkie dookoła rynku. Sam rynek jest ciekawy, ale i zarazem taki jakiś pusty. I przede wszystkim jest wielki. Podobno jest to jeden z największych placów w Europie. I to widać. Efektownie prezentuje się z lotu ptaka – co można obejrzeć wdrapawszy się na Czarną Wieżę, skąd można obejrzeć panoramę całego miasta. Jednak już będąc na poziomie „0” tak tej „efektowności” nie widać. Choć dookoła jest kilka kamienic o bogatych fasadach tak w kolory, rzeźbione postaci jak i często tu spotykane sgraffitti. Zdecydowanie wśród nich wyróżnia się niebieski ratusz z trzema wieżyczkami oraz spora fontanna ustawiona pośrodku rynku.
W kamienicach sporo różnej maści sklepów i knajp. Jedno miejsce mnie rozbawiło – sklep muzyczny. Na zewnątrz głośniki, słychać ciekawe, mocne riffy gitar. Jest jazda. Na wystawie pieszczochy i mnóstwo metalowych kompatków. Zaciekawiony wchodzę do środka. I bach… w środku obsługa puszcza jakiś spokojniutki, super „lightowy” rock, jest cieplo i przytulnie. Wisi też plakat z terminarzem lokalnych koncertów, na samym dole informacja o… koncercie Karela Gota! I Czesi mają swojego Krawczyka i Perfekt razem wziętych.
Zanim jednak znalazłem wyżej wymieniony sklep czy też oryginalny czeski bar, gdzie moglem nacieszyć moje podniebienie wspaniałym Budvarem (robionym właśnie w budziejowickim browarze) musiałem znaleźć jakąś norkę do spania. Nie robiłem żadnych rezerwacji przez Internet, bo plan wycieczki jest otwarty i nigdy nie wiadomo co będzie się robiło. Zresztą – w Necie nie ma tak interesujących (szczególnie finansowo) ofert jakie można znaleźć w Informacji Turystycznej. Polecam każdemu. Profesjonalnie, sprawnie i bez zbędnych ceregieli. Sympatycznie wyglądająca dziewczyna z obsługi wysłuchała tego co tam miałem do powiedzenia i po dwóch strzałach znikąd był już dla mnie pokój. Na miejscu okazało się, ze był to wielki pokój na 4 łóżka. Jednak korzystałem z niego sam. Cena: 600 koron. Nie była to najtańsza oferta, ale za to w samym centrum. Zresztą właściciel, ze względu na problem z dogadaniem się (nie mówił po angielsku, ani po polsku), był bardzo ufny. Dał mi klucze i tyle. Generalnie mógłbym wieczorkiem lub w nocy nawiać bez zapłaty i tyle by mnie widział. Jak i swoje klucze.
Niestety pierwszego dnia spacer po mieście był irytujący. Padało. I to cały dzień i całą noc. Już obawiałem się, że w ogóle nie przestanie. Lubię deszcz, jednak w takim przypadku nie mogłem za bardzo wyciągnąć aparatu z plecaka. Niestety mój aparatto nie jest wodoodporny. Niestety, o ile deszcz przestał padać na drugi dzień, tak gruba i gęsta pierzyna chmur cały czas unosi się nad światem. Fatalne warunki do fotografowania. Stąd też zdjęcia niestety nie są zachwycające, ba, są po prostu kiepskie. Jednak niestety nic na to już nie poradzę.
Oczywiście będąć w Czechach należy skosztować lokalnych rarytasów. O piwie już wspomniałem, co zresztą jest tak oczywistą sprawą, że niektórzy mogliby zapewne na tym swoja małą wyprawę rozpocząć i skończyć ;-) Poza piwem ważnym elementem jest lokalna strawa. Przykładowo wołowy gulasz z knedlikami. Rewelacja! Palce po tym można lizać i lizać i nie przestawać. Ciemny, brązowy i ostro zaprawiony sos, niezbyt tłuste kawałki cielęcego mięsa i właśnie knedliki. Brzmi prosto, a jest przepyszne! Kiedy jeszcze do tego dołączony jest właśnie Budvar (znany na świecie bardziej pod nazwą Budweiser) można rzeczywiście nie wyjść z baru.
Zatem – następnepny przystanek to….
… Czeski Krumlow, wtorek, 16 września
Miejscowość, która wg przewodnika, jest drugą w kolejności najczęściej zwiedzanych miast w Czechach. Po Pradze oczywiście.
Rankiem, wytarabaniłem się z wyrka, umyłem i ruszyłem na dworzec. Po drodze wciągnąłem jeszcze jakieś śniadanie. Wiadomo, trudno żyć bez jedzenia.
Już sama podróż do Krumlowa była ciekawa. Pociąg na spisie jest, a jakże. Tylko z dziwnego peronu odchodzi, peron nazywa się: „BUS”. Okazało się, że trzeba iść kawałek dalej, na autoBUS właśnie. Jednak – to nie jest taki ot zwykły środek zastępczy. Po kilku kilometrach jazdy kierowca nagle staje, wyłącza silnik i pokazuje, że mamy wysiadać. Z pewnościa to jeszcze nie był Krumlow, pamiętając mapę i informacje z przewodnika to powinniśmy jechać nawet do godziny. Okazało się, że ów autobus dowozi pasażerów do dworca leżącego poza Budziejowicami i tam należy zapakować się dopiero do pociągu, który kiedy ruszał wydawał dzwięki jakby używał silnika starego, poczciwego Stara.
No i pojechałem. Bez biletu. Jednak w Czechach to nie jest wielki problem, w przeciwieństwie do naszego kraju. Wiadomo – jedzie bez biletu = kombinuje. Tymczasem po poinformowaniu młodego i sympatycznego konduktora, że bilet nie jest czymś w czego jestem posiadaniu mogłem go od niego kupić bez żadnego kłopotu. Co prawda nie wiem czy kosztował drożej niż normalnie, ale za bilet tam i z powrotem (nocleg nadal w Budziejowicach) zapłaciłem bodajże 105 koron… jakoś tak. Czyli około 15 zł! Wolę nie myśleć ile kosztowałaby mnie taka „przygoda” w pociągu z Gdańska do np. Malborka.
Dobrze, teraz chwila przerwy, dla mnie rzecz jasna. Dziś opuszczam gościnne progi lokum w Budziejowicach. Zmieniam je na Tabor. Plecak lekko zdeformowany po wyciągnięciu z niego potrzebnych rzeczy, ciało jeszcze nie do końca odświeżone po nocy :-) Trzeba wyrwać się z barłogu.
Zatem opis z Czeskiego Krumlowa i Prachatic musi chwilę poczekać.
Poniżej kilka takich sobie zdjęc. Howgh.
PS: Kapo, jestem, jestem. Nie zginąłem. Piwo faktycznie pierwsza klasa. Jednak dopiero dziś dorwałem sie do czegoś co ma Internet. To kawiarenkainternetowa prowadzona przy szkole przez ładniutkie dziewczęta. Bardzo młode jednak. Słuchają przedniej muzy – nowy Portishead przeplatany czymś mocno gitarowym. OK, więcej nic nie pisze na ten temat. Po powrocie dostanie mi się za takie spostrzeżenia ;-))
PS2: Dobrze, że jarzę odrobine komputery, czeski XP nie jest prosty :-) Poniżej próbka -> okno Panelu Sterowania.
Czechy, wpis_#0, wyjazd
Pozostało już tylko czekanie. Jeszcze jakieś 3 i pół godziny. Duży plecak spakowany. Lista tego co zabrać “odptaszkowana” całkowicie, a zostało w nim jeszcze sporo miejsca. Niestety i tak do lekkich nie należy. W małym plecaku brakuje tylko jednej rzeczy. Jednak gdybym ją tam schował nie pisałbym być może teraz tej krótkiej notki :-)
Nie cierpie czekać. Czas dłuży się niemiłosiernie. Fizycznie wręcz odczuwalna szalejąca w żyłach adrenalina nie pozwala się skupić na czymkolwiek. Dziś jest to wyjątkowo dziwne uczucie, po części standardowe zniecierpliwienie, po części coś takiego mniej przyjemnego i niezdefiniowanego. Trudno jednak stwierdzić skąd to drugie. Mimo to zapewne kiedy ekwipunek zalegnie już na półkach w przedziale, a tyłek wymości dobrze miejsce w pociągu cały ten przed wyjazdowy stres odpłynie. Pozostanie podróż. Dość długa nawet. Łącznie zajmie prawie 17 godzin – wliczając w to 1,5 godzinne oczekiwanie na dworcu w Warszawie. Tam niestety trochę trzeba będzie właśnie posiedzieć. Potem bach do wagonu i pewnie uderzenie w kimono. Podczas snu czas szybciej minie. Znając moje szczęście w przedziale (czy to w jednym czy w drugim pociągu) nie będzie żadnego ciekawego towarzystwa.
Mimo wszystko zazwyczaj podróż “tam”, nawet bardzo długa, mija przyjemnie. Jest to chyba spowodowane ogólną ekscytacją samym wyjazdem, czekaniem na nowe wrażenia, obmyślaniem planów, oderwaniem się od codzienności. Powrót jest o niebo trudniejszy i nużący. Jednak nie o tym będę pisał. Wszakże do powrotu jeszcze jakieś 2-2,5 tygodnia :-) Na ten czas można się wyłączyć i zapomnieć przede wszystkim o tym co na codzień najbardziej irytujące i męczące. Teraz przede mną cel, którym jest odpluskwienie płuc, krwi, limfy, zatok, płynu rdzeniowego (jest takowy?) i co tam jeszcze tylko w środku się mieści.
Adios Amuchos Perros nach wakacyjos :-D
PS: Jeśli dobrze pójdzie to już niedługo (jutro, pojutrze?) pierwsze zdjęcia i wrażenia :-))






