eBlog Widmowego

Czechy, wpis_#5, Tabor

Opublikowany w Czechy, Turystycznie przez Widmowy w dniu 2 październik 2008

Czwartek, wieczór – za oknem cicho, między ścianami mojego mieszkania również. Taki bardzo jesienny dzień. Nawet na wyjście z domu nie zabardzo jest ochota. Zawlekłem zatem laptopa, razem ze sobą, do sypialni i trochę popiszę. W tym też, a może nawet przede wszystkim, o kolejnym etapie mojej krótkiej wędrówki po południowych Czechach. To jedziemy…

Po 3-ch nocach spędzonych w Czeskich Budziejowicach postanowiłem ruszyć bardziej na północ, by być bliżej Pragi – co miało strategiczne znaczenie w planie mojego dalszego przemieszczania się. A dokładnie dotarcia do wspomnianego kilka postów wcześniej “Ozonu”. Zatem mój wybór padł na miasto Tabor. To spore miasto, zapewne podobne swą wielkością do Budziejowic. Podróż nie była jakoś specjalnie urozmaicona. Ot – wsiadłem do pociągu, by później wysiąść. Pociąg zatrzymał się na wielkim placu budowy. Tak wygląda taborski dworzec – co mnie wcale nie zdziwiło. W naszym kraju prawie każde miasto obecnie jest mniejszym lub większym placem budowy. Wiemy to wszyscy.

Po dotarciu do celu przejrzałem mapę i z moimi dwoma plecakami ruszyłem do tutejszego centrum informacji turystycznej. Potrzebowałem wszakże noclegu, a co jak co – tam mogłem spodziewać się fachowej pomocy. I oczywiście nie zawiodłem się. Udało mi się dostać pokój w pobliskim (czyli leżącym na starówce) hostelu – nowiutkim, świeżo przygotowanym w budynku, w którym mieściła się także szkoła. Do tego pokój nie był drogi, bo tylko 280 koron czeskich za noc (około 40 zł).

Po ulokowaniu się już w moim pokoju ruszyłem “penetrować” wszelkie zaułki i przesmyki leżące pośród kamienic Starego Miasta. Zresztą idąc z dworca w stronę starówki można by pomyśleć, że już się na niej znalazło. Tzw. Nowe Miasto posiada również wiele kamienic, tyle, że nowszych. Dodatkowo wszystko utrzymane jest w bardzo dużym porządku, nawierzchnia nowa, lampy, miła nowoczesność połączona z tradycją budowlaną.

Starówka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mogę śmiało powiedzieć, że z wszystkich miast, które

widziałem w ciągu tygodnia spędzonego w tamtych rejonach Tabor spodobał mi się najbardziej. Rynek już wręcz standardowo umiejscowiony na pochyłym gruncie, gdzie w najwyższym punkcie został umieszczony kościół (a gdzieżby indziej :->). Po środku rynku pomnik Jana Zizki – przywódcy grupy hustytów, którzy po opuszczeniu Pragi założyli Tabor na miejscu istniejącej już osady Hradiste (widoczny na zdjęciu powyżej, wraz z wieżą kościoła) oraz fontanna. Generalnie można powiedzieć, że są to nieodzowne elementy czeskich miast. Rynek obszerny i “z klimatem”. Niestety, również jak zwykle, spora jego część została przeznaczona na parking :-(

Rzucającymi się mocno budynkami na rynku są wspomniany kościół oraz ratusz, znajdujący się po jego zachodniej stronie (widoczny na zdjęciu obok).

Najciekawsze w Taborze jest jednak wniknięcie w unikalny labirynt tamtejszych uliczek. Ich sieć jest tak nieregularna, że można po nich chodzić długo i ciągle odnajdywać nowe widoki, nowe uliczki, nowe domy. Mimo, że spora część jest trochę zaniedbana, z obdrapanymi ścianami to jednak łażenie i ich oglądanie sprawia wielką przyjemność. Nawet nocą chodzi tam wiele ludzi, nierzadko grupki młodych turystów szukających miejsca do spania. Niestety o tak późnej porze informacja turystyczna już zamknięta (choć i tak otwarta aż do 19-ej). Plan uliczek został zresztą specjalnie wymyślony w taki sposób by zmylić wśród nich ewentualnych agresorów. Tabor był miastem obronnym wspomnianych wcześniej husytów. O samych husytach warto poczytać choćby na Wikipedii (http://pl.wikipedia.org/wiki/Husyci).

Mimo skomplikowania planu miasta zawsze można znaleźć drogę do centrum Starego Miasta, wieża kościelna widoczna jest nawet z dalszych jego zakątków (co widać na poniższym zdjęciu po prawej stronie).

Na zdjęciu po lewej widoczna jest Wieża Wodna, która niegdyś służyła do transportu wody ze stawu Jordan leżącego u stóp starówki do publicznej fontanny na rynku. Po prawej natomiast widok na część miasta leżącą za przecinającą Tabor rzeką Luznice.

Wśród zakrętasów uliczek można znaleźć nierzadko spokojne zaułki, w których można w ciszy usiąść i pokontemplować, poczytać książkę, porozmawiać czy napić się piwa przyniesionego we własnym plecaku.

Wąskie uliczki sprawiają wrażenie, że domy zbudowane są jakby jeden na drugim, w sposób chaotyczny i całkowicie nieprzewidywalny (co przedstawia przede wszystkim lewe zdjęcie).

Jak widać na wszystkich fotografiach ulice starówki pokryte są brukiem, najpewniej przekładanym w nie tak odległej przeszłości. Oprócz przechodniów pojawiają się tam nierzadko samochody co czasem przeszkadza w fotografowaniu. Szczególnie kiedy używa się statywu. Nie jest tam zbyt szeroko.

Oczywiście jak w każdym czeskim mieście spotkać można gdzieś wizerunek wojaka Szwejka, którego wykorzystuje niejedna restauracja czy gospoda. I w Taborze takiej nie zabrakło.

Choć ja jako wielki fan Budziejowickiego Budvara znalazłem oczywiście gospodę firmowaną przez wymieniony browar i gdzie podają wiadome piwo. Gospoda ta nazywała się bodajże “Pod złotym lwem” i oprócz przepysznego Budvara można zjeść tam przepyszne dania kuchni czeskiej oraz wspaniałą włoską pizzę. Nie byłem nigdy we Włoszech zatem nie wiem jaką pizzę tam się podaje, jednak to co można skonsumować w “Lwie” czy też w gospodzie w Prachaticach, którą odwiedziłem wcześniej było najlepszą pizzą jaką jadłem. I tak wyobrażam sobie właśnie prawdziwy włoski smak. Choć oczywiście w Czechach polecam przede wszystkim potrawy czeskie z knedlikami. Pychota!

Kilka kolejnych nocnych rzutów szklanym okiem na taborskie uliczki, a nawet wieżę ratusza.

Oczywiście o Taborze można byłoby pisać więcej, dłużej. Jednakowoż sił mi dziś już nie wystarczy, a i przygód tam specjalnych nie było. Ot takie łażenie po ciekawym architektonicznie mieście. I chyba miałem już wtedy początki małego kryzysu związanego z oglądaniem kolejnego miasta. Co za dużo to niezdrowo. Być może dlatego Praga, podczas mojego późniejszego kilku-godzinnego pobytu tam, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Wręcz byłem rozczarowany. Nawet specjalnie nie patrzyłem na te wszystkie kamienice, mosty i zamek. Nawet za bardzo nie pamiętam osławionego Mostu Karola – jedynie to, że jakiś nie za długi był. Po przeczytaniu różnych opisów, iż jego przejście może trwać nawet do 2 godzin sądziłem, że ma co najmniej kilometr długości i że dzieje się na nim dużo ciekawych zjawisk. Tymczasem… hmm… nuda po prostu :-) No dobra, o tym może (!) napiszę w innym wpisie. Może.

Dobranoc :-)

Jedna odpowiedź

Subscribe to comments with RSS.

  1. G said, on 3 październik 2008 at 22:34

    Kolejna ciekawa opowieść wzbogacona o geograficzno – historyczno – dygersyjne przesłanki, upiększona zjawiskowymi fotkami :) Z niecierpliwością czekam na kolejny wpis :) Dziękuję i pozdrawiam.


Dodaj komentarz