Czechy, wpis_#6, Bechyne
Opublikował/a Widmowy w dniu 9 październik 2008
Po dobrze przespanej nocy w taborskim hostelu trzeba było zadbać o nasycenie dwóch moich pragnień – żołądkowego oraz turystycznego. Pierwsze z nich udało mi się zapchać przy pomocy syr-burgera (czy jakoś tak). Czyli burgera, który zamiast kawałka mielonych “cudów” miał w sobie prażony ser – potrawę typową dla Czechów (oraz Słowaków). Prosta, acz pomysłowa i nie najgorsza kanapka.
Drugie pragnienie natomiast, postanowiłem udobruchać wizytą w niezbyt odległej od Tabora miejscowości o nazwie Bechyne. Co prawda bardziej interesował mnie zamek o nazwie Cervena Lhota, ale niestety bez samochodu dostęp do niego jest bardzo utrudniony. Nie dojeżdża tam bezpośrednio żaden publiczny środek transportu, a na piechotę trzeba przejść około 8-9 km. W jedną stronę. Idąc tam i z powrotem wychodzi kawał drogi, a przede wszystkim taka droga zużywa sporo czasu. Trzeba by zatem wyruszyć bardzo wcześnie, a ja tego dnia sobie pozwoliłem na przedłużony sen. Wybór padł zatem właśnie na…
… Bechyne to niewielka miejscowość, leżąca na krawędzi głębokiego kanionu. Co zresztą widać, mam nadzieję, na zdjęciu powyżej i bodajże na samym końcu tego wpisu. Położenie to robi niesamowite wrażenie, kto wie czy nie lepsze nawet niż panorama samego, osławionego Czeskiego Krumlowa (szczególnie kiedy widzi się ją na żywo). Pionowe skały i spadziste połacie lasu spadają kilkadziesiąt metrów w dół, aż do miejsca gdzie płynie rzeka Luznica. Zapiera dech w piersiach. Dosłownie.
Nie licząc tego niesamowitego położenia główną atrakcją miasta jest renesansowy zamek, który był oczywiście jedną z siedzib rodu Rozmberków. Cóż nią nie było… :-) Aby dojść do zamku trzeba przejść właściwie przez całe miasto. Nie robi ono powalającego wrażenia, choć rynek – mimo, że pełen skośnookich handlarzy – i tak wydaje się ciekawy. Jest zupełnie inny niż te, które dotychczas widziałem. Jest to raczej wielki plac, z drogą po sródku, miejscem na stragany, nad którym panuje (i to już standardowo) kościół. Tym razem kościół tzw. św. Macieja, z wieżą, na którą można się podobno wspiąć. Niestety za późno się o tym dowiedziałem, więc nie obejrzałem panoramy okolic z pułapu “niebieskich” wysokości.
Poniżej umieściłem trochę zdjęć uliczek, kamienic i innych miejsc, które przyjemność miałem tam oglądać. Bechyne nie jest mekką turystycznych pielgrzymek, co też czuło się na każdym kroku i co miało swój dodatkowy urok. Stąd wizytę tam uważam, za wielce interesującą i polecam każdemu.
Niżej widać właśnie wspomniany kościół, czy wręcz prawie samą jego wieżę i część placu na rynku, gdzie rozłożyli się ze swym towarem jacyś Wietnamczycy czy inni przedstawiciele azjatyckich ludów. Widok z tej wieży mógł być faktycznie ciekawy.
Za kościołem usytuowanych jest szereg bardziej zadbanych kamienic wraz z gospodą oferującą Budziejowickiego Budvara. Co to jest nie muszę chyba już nikomu przypominać :-))
Różne rzuty na centrum miasteczka…
… i jego najbliższego, dość opustoszałego, otoczenia.
Natomiast za samym centrum jest już wspominany wcześniej zamek. Oto wejście na przedzamcze.
To natomiast jest droga prowadzącą przez park wprost do głównego zamkowego wejścia. Niestety. Miałem niefart i nie było mi dane zwiedzić zamku. Akurat jakaś przebrzydła, kapitalistyczna firma robiła sobie prywatną imprezę. Zresztą nazwa jakby znajoma… Udało mi się chociaż “urwać” kilka zdjęć zamku i jego okolic z zewnątrz.
Kilka kolejnych przykładów kamienic i ulic leżących w okolicach rynku.
I na koniec oczywiście większy rzut na przepiękne położenie Bechyne. Wyraźnie widać 3 największe atrakcje miasteczka: kościół Michała (prawa strona), dawny klasztor Franciszkanów z kościołem Wniebowzięcia (po środku) oraz zamek (fragment dachu po lewej).
Z nowocześniejszych rzeczy, które jeszcze odwiedziłem w Bechyne to… sklep Tesco. Autobus mi uciekł, musiałem jakoś zapełnić 1,5 godziny, które miałem w zapasie. Sklep był niepodał, poszedłem tam, kupiłem jakieś czeskie frykasy plus piwo i spokojnie skonsumowałem wszystko na jednym z tamtejszych stanowisk dworca autobusowego. Tak, trochę żulowo, ale cóż – kulturalnie się nie dało ;-)))

















