Czechy, wpis_#9, podsumowanie
Przyszedł w końcu ten czas by wizytę w Czechach podsumować. Za oknem dziś tak sobie. Muszę przyznać, że podczas zwiedzania miejscowości, o których pisałem we wszystkich moich poprzednich postach (związanych z Czechami rzecz jasna) pogoda była podobna. Nie było co prawda specjalnie zimno, ale aura ogólnie nie rozpieszczała. Trochę szkoda, ale nie o pogodzie miałem przecież pisać :-)
Spróbuję zatem całość jakoś usystematyzować – co pozwoli mi na sprawniejsze uporanie się z zadaniem. Zatem cóż my tam mamy…
Zacznę od ogólnego wrażenia architektonicznego – pod tym względem Czechy są niezwykle bogatym krajem, nawet najmniejsze miejscowości posiadają własną starówkę, stare kościoły, interesujące przyozdobienia czy też zamki. Stan starówek jest różny, jednak ogólne wrażenie jak najbardziej pozytywne. Widać, że Czesi w miarę dbają o te najbardziej oblegane miejsca, że turystyka jest ważnym środkiem ich dochodów. Dodatkowo każda z nich ma własną “osobowość”. Do dziś pamiętam każdą jako osobny “byt” i jednoznacznie mogę powiedzieć, która jest która. I dlatego warto obejrzeć tyle miast i miasteczek ile tylko można.
Nie wiem jak to wygląda w pełni sezonu turystycznego, ale we wrześniu spokojnie można tam zupełnie w ciemno, bez rezerwacji noclegów. Biura informacji turystycznej to jeden z najmocniejszych czeskich punktów – zawsze kierowałem tam swoje pierwsze kroki w nowym mieście i zawsze otrzymywałem pełną pomoc i to czego chciałem najbardziej – nocleg. Oczywiście nie należy przyjechać zbyt późno – trudno by o 21:00 chciało się jeszcze komuś pracować, szczególnie kiedy turystów nie jest już tak dużo. Obsługa zazwyczaj miła, życzliwa i pomocna. Pierwsza klasa.
Język czeski jest pełen pułapek – tak zabawnych (np. lepiej nie mówić kupując lody “zmarzlina truskawkowa” – oznaczałoby to po prostu chęć kupienia lodów z ptasiego kału), tak i frapujących (i tu sztandarowy przykład słowa “szukać”, które w czeskim języku jest tak mocnym przekleństwem, że nasza swojska “k…a” to pikuś). Jednakowoż jeśli ktoś nie zna angielskiego czy niemieckiego też porozumieć się w miarę powinien. Po jakimś czasie wiele tamtejszych słów rozpoznać łatwo, sporo też mamy podobnych, a wymowa jest jak najbardziej dla nas do przyjęcia. Przypuszczam, że po pół roku spędzonym w Czechach można całkiem sprawnie tym językiem operować. W końcu tamtejszy język do XIV wieku bodajże rozwijał się identycznie jak nasz. W kwestii języka zabawne były częste reakcje w sklepach lub barach na język obcy. Nierzadko zamawiając menu, piwo lub jakąś pamiątkę po angielsku tamtejsza obsługa odpowiadała w języku niemieckim. Widać, że Niemcy są tam najczęstszymi gośćmi.
Bardzo podobała mi się komunikacja. Generalnie to jednak zupełnie inna klasa niż polskie PKP i PKS razem wzięte. Często używałem lokalnego transportu i myślę, że w tej kwestii moje wrażenia są jak najbardziej uzasadnione. Pociągi – choć sporo z nich jest podobnie wiekowa jak nasze składy, to jednak czyste, schludne, bez zbędnych dziwnych dywaników, w których zbiera się tylko kurz, błoto i piach. Do tego, a może przede wszystkim – punktualne. Przyjeżdżające co do minuty i tak samo odjeżdżające. Podobnie z autobusami. Nie śmierdzą w środku tak jak nasze, choć też do luksusowych nie należą. Choć nawet na krótszych trasach autobus jest klasy małej turystycznej z toaletą. Nie wiem czy zawsze czynną, jednak teoretycznie tak. Punktualność oczywiście też na miejscu.
Nie miałem zbyt dużego kontaktu z autochtonami to jednak z ogólnych obserwacji oraz opowiadań przewodnika towarzyszącego naszej grupie fotograficznej (to w drugiej części mojej wizyty w Czechach) w drodze do Pragi wynika, iż ich życzliwość, spokój i luźniejsze usposobienie jest faktem. Podawałem już przykład konduktora, z którym miałem do czynienia podczas jazdy do Czeskiego Krumlowa. Moje dobre wrażenie wzmógł też pewien kierowca autobusu, którym jechałem bodajże do Bechyne. Autobusem tym jechał człowiek niewidomy. Kiedy wysiadał kierowca pomógł mu wysiąść, następnie poszedł z nim na przejście dla pieszych, przeprowadził go przez jezdnię na drugą stronę i przeszedł jeszcze kawałek drogi przekazując osobie, która nań czekała. Mógł to być pojedynczy przypadek człowieka życzliwego, jednak śmiem przypuszczać, że nie jednak nie odosobniony. Jak również nie wierzę za bardzo, by któryś z naszych rodzimych kierowców tak by się zachował. Owszem, zapewne pomógłby wysiąść. Jednak zapewne większość zostawiłaby tegoż niewidomego na przystanku i podbudowawszy swoje ego z racji niesienie pomocy wsiadłaby za kierownice i odjechała. Zapewne ciesząc się też, że już jest po kłopocie. OK, może jestem nadto krytyczny w stosunku do Rodaków, jednak trochę też lat tu żyję.
Jedzenie – to lokalne – przepyszne. Szczególnie do dziś pamiętam gulasz z knedlikami, opisywałem go w jednym z poprzednich wpisów. Polecam każdemu! Druga rzecz to może mało czeskie danie, ale myślę, że jego wyrób ukazuje większy profesjonalizm i dbałość o szczegóły u naszych południowych sąsiadów w porównaniu do polskich “kucharzy”. Mam na myśli wyrób pizzy. Nigdy nie byłem we Włoszech i nie wiem jak tam podaje się prawdziwą włoską pizzę, jednak wyobrażam sobie, że to co jadłem w Czechach było czymś takim właśnie. A jadłem ja w dwóch różnych miastach, w różnych lokalach. Super cienkie, papierowe i odpowiednio przypieczone ciasto, przepyszny sos pomidorowy, optymalna ilość farszu i dobry ser. Zero ketchupu czy innego tałałajstwa. Rewelacja! Kiedy jem czasem u nas te ufologiczne placki, z grubymi płatami kiepskiej szynki i jeszcze gorszym sosem to aż się jeść nie chce. Oczywiście znam kilka miejsc gdzie i u nas jest dobra pizza, jednak nie jest ona mimo wszystko tak dobra jak ta jedzona w Taborze czy Prachaticach. Z pewnością muszę kiedyś pojechać do Włoch, by sprawdzić jak podaje się pizzę w miejscu jej narodzin. Mimo to polecam oczywiście jedzenie typowo lokalne, jest przednie, pikantne i smakowite.
Czechy wydają się być krajem bardziej nowoczesnym – Praga ma 3 linie metra – może nie jest to tak dużo na tle innych stolic europejskich, ale też jest to o 200% więcej niż w Warszawie. Mają tam też 2 elektrownie atomowe – u nas, jak wiadomo, niestety takowej nie wybudowano. Choć powstała niedawno nadzieja, że w końcu może jednak takowe powstaną. Choć zanim pierwsza taka elektrownia zostanie uruchomiona mina jeszcze dłuuuuugie lata. Dodatkowo podane wyżej przykłady (transport, organizacja turystyki, sztuka kulinarna) pokazują, że jest to kraj ludzi pragmatycznych. Może mieć na to również wpływ ichniego światopoglądu, mało ograniczonego przez kler i religię. Co prawda bezpośrednio nie badałem w żaden sposób religijności Czechów jednak z danych statystycznych i opinii zbieranych z różnych źródeł kraj ten opisywany jest jako wręcz areligijny. Kościołów mają wiele, ale to raczej relikty przeszłości, częściej odwiedzane przez turystów niż przez wierzących Czechów. Cóż, mi ten układ bardzo pasuje :-) Z tego co mówił wspomniany wcześniej przewodnik ten brak okowów religijnych widać również dookoła w życiu codziennym, np. w reklamie. To co u nas zostało by od razu podane krytyce przez szturmujące babcie z logiem RM wyrżniętym wręcz na twarzy (lub przez wielu “czystych” i “świętych” polityków) tam przechodzi bez zgorszenia. Sam widziałem kilka reklam w metrze czy bilboardów, które zaskoczyły mnie swoją wyrazistością. Niestety nie pamiętam teraz żadnego na tyle konkretnie by podać jakiś przykład, jednak polecam obserwację tego podczas ewentualnej wizyty.
Cóż z powyższego wydawać by się mogło, że Czechy to kraj miodem i winem płynący – czy raczej samym złocistym piwem jeśli już (które jak wiadomo jest naprawdę FANTASTYCZNE). Nie mogę stwierdzić, że tak jest na 100%. Zdaję sobie sprawę, że byłem tam zbyt krótko (razem 2 tygodnie) aby dać sobie za to głowę uciąć. Jednak pierwsze wrażenie jest bardzo ważne i jest ono bardzo, bardzo pozytywne. Aż chce się wrócić i być może kiedyś tam jeszcze pojadę. Choćby może do osławionej Pragi, w której byłem albo przejazdem, albo z kilkugodzinną wizytą, która przyznam była trochę nużąca. Chyba z tego powodu, że naoglądałem się już wcześniej tyle architektury, iż nic nie potrafiło mi wpaść już w oko. Praga podobno najlepsza jest nocą i to trzeba będzie właśnie kiedyś sprawdzić. Bądź co bądź na stan obecny Czechy podobały mi się na tyle, że gdybym mógł się tam przeprowadzić to kto wie – z pewnością zastanawiałbym sie poważnie :-)
Na koniec, celem urozmaicenia, kilka zdjęć z Pragi. Za wiele ich tam nie zrobiłem, ale coś niecoś jednak tak.
Zdjęcie po lewej stronie przedstawia herb Pragi umieszczony na moście wiodącym na Hradczany. Po prawej natomiast monument przedstawiający króla Karola IV, z tłem przedstawiającym innego króla czeskiego – piwo Pilsner Urquel. Hm, jest to może najbardziej znane piwo czeskie w świecie, jednak ja stawiam na Budziejowickiego Budwara!
Astronomiczny zegar Orloj z 1410 roku umieszczony na praskim Ratuszu Staromiejskim. Jak widać na zdjęciu jest całkiem nie mały, ale też umieszczony bardzo nisko.
Uroczysta zmiana warty gwardzistów na Pierwszym Dziedzińcu zamku królewskiego na Hradczanach.
Praski market uliczny “Havelskie Trziste” gdzie można kupić świeże (po czesku “czerstve”) owoce i warzywa oraz turystyczne pamiątki.
Gdzieś po drodze z Hradczan w stronę centrum starego miasta znalazłem wielka kolorową ścianę pomalowaną i popisaną najróżniejszymi symbolami, osobistymi wyznaniami, myślami. Ze ścianę tą wmurowana jest głowa mężczyzny w okularach. Niestety nie wiem kogo przedstawia, ale będę starał się dowiedzieć. Jeśli Ty wiesz któż to lub cóż to jest to daj znać.
Przy wspomnianej ścianie czychałem dłuższy czas by złapać jakiś ciekawy moment i opłacało się. W fotografii cierpliwość jest potrzebna (której mi niestety ciągle brakuje).
Nieostrość na powyższym zdjęciu jak najbardziej zamierzona. Zaintrygowało mnie zajęcie i anonimowość tego człowieka, niezauważanego przez przechodniów, a dbającego o to by nie chodzili w chałdach brudu. Zaintrygowała mnie też kontrastowa, dopełniająca się kolorystyka. Brak ostrości wynika z chęci zachowania wspomnianej anonimowości, nadaniu obrazowi większej plastyki, odrobiny tajemniczej aury, pozbawieniu go aptekarskiej szczegółowości. Tu nie liczy się szczegół, a treść i obraz sam w sobie.
Uzupełnienie 2009-sty-01 -> nie wiedziałem wcześniej, ale taką właśnie serię zdjęć nieostrych zrobił Tomek Sikora w Maroku. Naprawde niesamowite zdjęcia. Warto je znaleźć (są np. w jego albumie “Światłoczuły”) i obejrzeć.








zostaw komentarz