Brewster F2A, dzień #5, #6 i #7
Budowanie samolotu z kartonu to nie jest taka łatwa sprawa. Z pewnością dużym ułatwieniem, a może przede wszystkim przyspieszeniem składania jest posiadanie już gotowych wyciętych laserem wręg. O czym pisałem na samym początku. Jednak nawet w takim przypadku wychodzą czasem jakieś ciekawostki z nie wymiarowością. Pytanie czy to ja coś źle przyciąłem i skleiłem czy też projekt nie do końca jest właściwy. W sumie trudno byłoby mi się pomylić w przygotowywaniu części aż o kilka milimetrów? Choć faktem jest, że wystarczy pomylić się o kilka niewielkich dziesiątych mm i od razu przekłada się to na niedokładność składania. Jednak taka chyba jest ogólna przypadłość kartonowych modeli.
W ciągu ostatnich kilku dni udało mi się zrobić kilka następnych kroków w modelarskiej zabawie. Poniżej część, w której mieści się komora kół. Kół oczywiście w niej nie będzie, bo model będzie w wersji stojącej. Zatem komora musi być odpowiednio wykonana na taką okoliczność.

Tak prezentuje się w pełnej krasie, po połączeniu z uprzednio zrobioną częścią kokpitu.

Potem złączyłem je jeszcze z tą najwcześniej zrobioną – mieszczącą kokpit. Coś tam powoli się kształtuje :-)

Podsumowanie
Czas: 1 godz. 15 minut (6 godz. 55 min)
Części wykorzystanych: 11 (56)
—6—
Następnego dnia pracy nad Brewsterem przygotowałem fragment kadłuba mieszczący się za kokpitem. I tym razem wykonałem moją pierwszą “szkiełka” – czyli tylne okna kokpitu z przezroczystej folii. Wygląda to naprawdę fajnie.

Niestety widać tu małe nierówności z przodu i resztki kleju na “szybie”. Cóż, w klejeniu mistrzem jeszcze nie jestem. Dobrze, że nikt w takim niedorobionym samolocie latał nie będzie ;-)

Podsumowanie
Czas: 1 godz. (7 godz. 55 min)
Części wykorzystanych: 6 (62)
—7—
No a dziś to już wziąłem się za ogon i jego usterzenie poziome. Zatem zaczynają pojawiać się pierwsze skrzydła! Na razie to tylko takie skrzydełka, ale to jest już coś. Na poniższej fotce widać przygotowane usztywnienia obu sterów i dolne poszycie jednego z nich.

A tu już w oba w całości.

Status całkowity na dzień 28 stycznia po prawie 10 godzinach łącznego całkowitego czasu pracy wygląda następująco…

Podsumowanie
Czas: 1 godz. 50 min (9 godz. 45 min)
Części wykorzystanych: 16 (78)
PiCa nr. dwa
Dla złamania smaku powtarzającego się tematu budowy Brewstera (a on “się buduje” cały czas) zapodam coś kulinarnego. Choć kucharz ze mnie raczej słabawy.
Wczoraj naszła mnie ochota na pizzę. Pizzę własnej roboty. Niedawno coś podobnego robiłem, z własnoręcznie zrobionym sosem. Jednak coś było nie tak – tak sos jak i ciut niedobrze wypieczone ciasto. A, dobre ciasto i dobry sos to podstawa dobrej pizzy. Trzeba było wprowadzić poprawki. Ciasta jeszcze sam nie potrafię robić (i nie wiem czy będzie mi się chciało nauczyć), ale to rolowane, które można kupić jest dobre. Poprzednio umieściłem je po prostu za wysoko w piekarniku. Sos natomiast musiałem (chciałem) zrobić samodzielnie i przygotować go od podstaw. Taki ze słoiczka smakuje zbyt sztucznie. Postanowiłem zatem poniuchać w necie i wśród znajomych. Internet mnie zbytnio nie zaskoczył. Najwięcej przepisów było opartych na koncentratach lub nawet ketchupach. Tragedia. Ja chciałem coś bardziej konkretnego, z pomidorów. Na szczęście udało mi się znaleźć ze 2 takowe i na dodatek dostałem kilka ciekawych podpowiedzi od kolegi. I tak na podstawie powyższych utworzył mi się następujący przepis (gdyby ktoś był zainteresowany):
1 puszka pomidorów w całości 400 g
1 łyżka oregano z paczki
1 łyżka bazylii z paczki
3/4 łyżki ostrej papryki z paczki
1/2 łyżki oleju
sól
pieprz
Oczywiście wszystkie powyższe składniki należy ze sobą połączyć i wymieszać. I aby sos był nie zbyt rzadki należy zbędną wodę stamtąd wydobyć. Najprościej przez wyparowanie czyli doprowadzeni sosu do stanu wrzenia na jakiś kwadransik.
Jak zwykle poniżej mała foto relacja z całego procesu. Nie pokazałem ostatnich faz życia pizzy – tych od momentu wbicia w nią noża i widelca. A były to bardzo przyjemne momenty, bo wyszła ona zarąbista. Choć niestety nie tak dobra jak ta z czeskiego Tabora czy Prachatic.
Zdjęcia
Na początku stało się ciasto i ciasto ono rozrolowało się, ułożyło i czekało. Na swój gorący los.

Stały się też główne składniki farszu. Takie jak ja oczywiści lubię najbardziej. Grubsze plastry pieczarek, drobno posiekana cebulka i szynka i dziarskie, palące, czerwone pepperoni.

Choć z tym pepperoni to jednak będę uważał następnym razem. 3 papryczki pokroiłem w poprzek i rozmieściłem losowo na całej pizzy. Tam gdzie one trafiły było naprawdę ostro i z przygodami ;-)

Oczywiście najważniejszym składnikiem sosu były pomidory. Prosto z puszki. I oczywiście przyprawy.

Razem dobrze wymieszane wesoło bulgotały na rozpalonym palenisku.

Gdy wszystko sos był już gotowy, a pozostałe składniki grzecznie czekały nastał właściwy czas by je razem połączyć w dość klasyczną kompozycję.

I na 13 minut włożyć do rozgrzanego pieca.

Po wyjęciu całość prezentowała się nader apetycznie i pociągająco.

A tak już ta moja nadzwyczajna pizza prezentowała się na moim zwyczajnym talerzu. Błonno apetitto ;-)))

Było naprawdę wielkie “apetitto” i “smakitto”. Byłem zadowolony :-)
To na tyle, w kwestii relacji prosto z mojej kuchni.
Brewster F2A, dni #3 i #4
Aby nie zanudzać Was codziennie relacjami o budowie cudownego Brewstera postanowiłem komasować je w większe paczki i podawać co dni kilka. No to lecimy…
W kolejnym dniu dalej klecę część z kokpitem pilota. Aż do znudzenia. Czy ten pilot musi mieć tyle wyposażenia w środku? Zamontowałem tablicę rozdzielczą, jakieś zegary, płytę pancerną za fotelem pilota i zamknąłem tą część kadłuba kolejną wręgą. Niby nic, ale zużyłem na to aż 17 części! Zreszą podsumowanie jak zwykle poniżej. Przydarzyły się zresztą też kolejne 2 małe elementy do ciasnego rolowania. Muszę przyznać, że moja metoda na rolowanie sprawdza się. Niedługo opiszę ją bliżej, może komuś się przyda :-) Generalnie fajne na żywo ogląda się wnętrze kokpitu pełnego małych detali. Jak później przyjdą jeszcze “przeszklone” szyby to będzie naprawdę wypas. Tylko gdzie ja ten model postawię po zakończeniu? Chyba będę zmuszony kupić specjalną półkę. Tym bardziej, że może za jakiś czas najdzie mnie ochota na złożenie kolejnego modelu. Jednak nie ma co wyprzedzać czasu za bardzo. Jak na razie jest jeszcze daleko do końca budowy Buffalosa.
Poniżej tradycyjne zdjęcie pokazujące obecny stan mojego małego F2A.


Dzień #3, podsumowanie
Czas pracy: 1,5 godz. (łącznie 4,5)
Części zużytych: 17 (łącznie 37)
— 4 —
Dzień czwarty składania modelu był dość mozolny. Chyba daje się we znaki ogólne zmęczenie po prawie całym tygodniu pracy. Udało mi się złożyć kolejny element kadłuba samolotu. Wkurzający jest trochę klej, którego używam (hemol). Podobno nie miał się nitkować, niestety tak nie jest. Mimo to jestem z niego zadowolony. Klei sprawnie i pewnie. Nie to co butapren, który długo wiązał i mocniej śmierdział. Z hemolem praca jest o wiele przyjemniejsza.
Tak natomiast wygląda część, którą udało mi się dzisiaj złożyć.


Dzień #4, podsumowanie
Czas pracy: 1 godz. 10 minut (łącznie 5 godz. 40 min)
Części zużytych: 8 (łącznie 45)
Brewster F2A, dzień #2
Dziś kolejny etap budowy Brewstera F2A Buffalo. Udało mi się wkleić kokpit do pierwszego elementu poszycia i zamknąć jego przód wręgą. Później montowałem fotel z pasami co pochłonęło sporo czasu. Takie drobne części najbardziej pożerają czas. Standardowo poniżej mała dokumentacja fotograficzna.

Góra: kabina już w poszyciu. Leżąca obok wręga C1 czeka na montaż.

Góra: efekt dzisiejszej pracy. Widoczny fotel, całość już zamknięta od przodu wręgą.

A to dzisiejsze ścinki. Znów niezbyt ich wiele.
Statystyka
Czas pracy: 1,5 godz. (łącznie 3)
Wykorzystanych części: 9 (łącznie 20)
Dla chętnych podaję link do Wikipedii, gdzie można znaleźć odrobinę danych nt. tego myśliwca -> http://pl.wikipedia.org/wiki/Brewster_Buffalo. Nie był to jakiś szczególnie znaczący samolot, choć był pierwszym nowoczesnym dolnopłatem wykorzystanym przez amerykańską marynarkę.
Kartonowy Brewster, dzień #1
Co jakiś czas powracała do mnie myśl by spróbować swoich sił w złożeniu kartonowego modelu. Najlepiej samolotu. Myśl ta wracała i wracała, aż w końcu przywiodła mnie do Empiku przed stanowisko z magazynami dla różnorakich hobbystów. Szukałem klasyki gatunku czyli “Małego modelarza”. Zapewne każdy facet po 30-tce miał z nim styczność w młodzieńczych latach. Tak jak i ja. Jakieś 20 lat temu złożyłem z pomocą ojca ze 3 modele wycięte z “Małego modelarza”. Z tego co pamiętam to pierwszym był Mitsubishi Zero. Świetna maszyna. W każdym razie akurat aktualny numer MM nie miał niczego ciekawego do zaproponowania. Na szczęście przez lata wydawnictw tego typu przybyło i kupiłem numer magazynu “Kartonowa kolekcja”. To był jednak dopiero początek zakupów. Do składania modelu potrzebny jest odpowiedni sprzęt. Udałem się zatem do sklepu modelarskiego gdzie nabyłem potrzebne rzeczy tj. klej, nożyk modelarski, ostrza do niego, druty różnej grubości, tekturę, pęsetę i jeszcze trochę innych drobiazgów. Aby ułatwić sobie start zamówiłem też komplet wręg wyciętych laserem. Po skompletowaniu wszystkiego co było mi potrzebne wziąłem się ostro do roboty. A modelem, który jest moim numerem 1 po tych 20 latach przerwy to Brewster “Buffalo” MK.I.
Na zdjęciu niżej widać przygotowany warsztat pracy, no, jego fragment.

Mojego Brewstera mogłem złożyć na dwa sposoby – prosty, dla początkujących i bardziej wypasiony w wersji dla zaawansowanych. Oczywiście wybrałem opcję drugą :-) Wszakże jakieś doświadczenie już mam, a do tego jak już coś robić to tak by było super.
Budowę rozpoczyna się od kokpitu i jego wyposażenia. I muszę przyznać, że składanie takiego cuda to nie przelewki. Na szczęście zakupy w modelarskim to był strzał w dychę. Do wycinania nóż jest wręcz niezbędny. Nóż + linijka wycinają części prawie tak dokładnie jak laser, choć i nożyczki czasem się przydają. Najgorzej jednak jest ze zwijaniem co niektórych części w ciasny rulon. Pierwszy wyszedł mi słabo, bo miałem kiepską technikę. Jednak przy drugim wprowadziłem pewne udoskonalenia w sposobie rolowania i wyszedł duuużo lepiej. Następne rulony będą boskie. Generalnie dłubałem tak sobie trochę ponad 1,5 godziny i wydłubałem to co widać na kolejnym zdjęciu. Są to zaczątki wspomnianego kokpitu pilota.

Tak, może wydawać się, że to niewiele po 1,5 godziny, ale to naprawdę mozolna praca. Za to jak bardzo relaksująca i satysfakcjonująca. Po ukończeniu dostałem takiego kopa, że nawet zmyłem naczynia, na co nie miałem ochoty wcześniej.
Wyniki dzisiejszego dnia prezentują się zatem następująco:
Czas pracy: 1,5 godz.
Wykorzystanych części: 11
Status prac: rozpoczęta budowa kokpitu
Gdzie drwa tną tam wióry lecą, gdzie modele się papierowe skleja tam są ościnki różne. Choć imponująco wiele ich nie było.

Jutro prace ruszają dalej.