Cyfrowa dziurka
Fotografia pejzażu piktorialnego zmusiła mnie do poszukiwania nowych technik. Oczywiście nie zupełnie nowych, tylko tych starych, których wciąż nie użyłem w własnej praktyce. I tak postanowiłem spróbować techniki od której tak naprawdę powstała fotografia czyli kamery otworkowej (pinhole camera). Jako, że ciemni tradycyjnej nie posiadam i posiadać nie planuję zbudowałem sobie bardzo szybko, bardzo prowizoryczny aparacik otworkowy na bazie mojego cyfrzaka. Przyznam, że efekty mnie zadziwiły, bo to po prostu działa! Mnie nie łatwo przekonać, bo jestem z tych co to muszą pomacać by stwierdzić, że coś istnieje. Pomacałem i efekty tego widać poniżej :-) Zdjęcia mają mankamenty – za wielka winieta (szczególnie z jednej strony kadru) i mocna nieostrość (choć w przypadku przedstawionych tu zdjęć nie jest to wada). Jest to wynik używania dziurki kiepskiej jakości. Dopiero teraz też zauważyłem jaką ilość paprochów leży na matrycy mojego “body”. Jestem przerażony. Jednak nie retuszowałem, bo czasu szkoda, a to tylko takie na bloga fotki. Przyznam, że efekt mi się podoba i już widzę możliwość wykorzystania tej techniki (po udoskonaleniu) do innych projektów.
Gdyby ktoś pytał to kompozycja poniższych zdjęć nie jest oczywiście przypadkowa. Choć patrząc przez takie małe, ciemne “oko” nie jest łatwo dobrze wycelować :-)


Gdzie te asystentki?!
Kiedy jest deszcz fajnie robić zdjęcia. Pod jednym warunkiem. Że ma się dookoła kilku (lub choćby jednego) asystentów. Przydałby się jeden z dupiastym parasolem. Drugi do dźwigania statywu. Trzeci od wymiany szkieł. Czwarty… mógłby zająć się napojami. I oczywiście najlepiej by cała czwórka była zgrabnymi i zmysłowymi kobietami ;-)))) W innym wypadku, robienie zdjęć w deszczu, z tym całym majdanem przytroczonym do jednego człowieka, fajne nie jest. Wtedy najlepiej zasiąść w domu, odpalić film, poczytać książkę, pokontemplować lub prowadzić pogłębione dysputy ze wspomnianymi wyżej asystentkami (wszystkimi czterema naraz by powstałą jakaś różnorodność… zdań ;-))).
Niestety… mi dany był los wyalienowanego poszukiwacza tematów zdjęciowych pośród mokro-piachowych i lesistych ścieżek. Wydeptali je członkowie 20-osobowego oddziału foto-amatorów z mojej nowej grupy fotograficznej. I pies.



Po niedzielnym spacerze w TPK
Z grupą moich nowych znajomych od fotografowania wybraliśmy się na plener do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Jako, że nastawialiśmy się bardziej na fotografowanie krajobrazów (z naciskiem na piktoriale) pogoda nam w tym nie pomogła. Słońce oszczędnie dawkowało światło i praktycznie tylko jedno zdjęcie (poniższe) można uznać za udane. Zresztą w ogóle niewiele więcej “klatek” zrobiłem. Fotka ta w tak małej skali jak tu na blogu prezentuje się znacznie gorzej niż w większym formacie – ale taki to już urok Internetu.
Drugie zdjęcie to już klasyk w moim portfelu tematów – czyli… drzewo. Jest to to samo miejsce co wyżej. Tylko zupełnie inne światło i ujęcie i w kolorze. Drzewo jednak fantastyczne.

Ludzkie serce
Dziś w planie miałem złapać coś zgoła innego. Niestety… wybrałem się w plener za późno i światło, o które mi chodziło, po prostu odeszło! Kiepski ze mnie analizator ruchu słońca ;-)
Za to w punkcie X znalazłem niebywale intrygującą gałązkę. Zerwałem ją jednym sprawnym szarpnięciem i chyżo ruszyłem w stronę domostwa. Aparat aż się grzał z przejęcia. Jak i moja głowa :-)) Czyż nie wygląda jak ludzkie serce?

zostaw komentarz