Mijane obrazy
Kilka dni byłem poza tym tutaj. I tam gdzie byłem spotkałem chwile przyjemne, spotkałem chwile smutne. Także obojętne. Część z nich będę pamiętał, z pewnością. Inne, mniej emocjonalne, odeszły już w zapomnienie. Jednak tym co mnie bardzo pasjonuje niezależnie jest sam moment podróży “tam”. Miarowe takty wybijane przez stalowe koła wprowadzają umysł i ciało w pewien rodzaj letargu, zadumy, doprawiony zwiększoną dawką adrenaliny. Adrenaliny spowodowanej oczekiwaniem na zbliżającą się przygodę, o której nie wie się jeszcze nic, prawie nic. Oczy z ciekawością patrzą i rejestrują przewijające się za oknem obrazy, które tak samo jak zbliżająca się przygoda jawią się magicznie, tajemniczo – są nieznane. Przez to pociągające, piękne, inspirujące.











PS: Widziane powyżej nieostrości, zabrudzenia, krzywe kadry czy odblaski są jak najbardziej zamierzone… choć może nie wszystkie równo udane.
Weekend kulinarny w Gdyni
Gdynia zgotowała dla mieszkańców 3-miasta pieszy rajdzik po tamtejszych knajpach. Tych, które przystąpiły do projektu “I Weekend Kulinarny”. Pomysł nie głupi. Nie będę wdawał
się w szczegóły i zasady – można o nich przeczytać na specjalnie stworzonej do tego stronie (link u dołu wpisu). Wspomnę jedynie, że w pewnych godzinach można było nabyć w cenie 5 złotych demo wersję jakiegoś specjału danej knajpy. W przemiłej i dowcipnej atmosferze wraz z koleżanka i kolegą (którzy namówili mnie na ten rajd) ruszyliśmy na obchód. Knajp na liście jest bez liku, nam udało zaliczyć się tylko 5. Choć to było wczoraj (sobota). Ja dziś w wędrówce uczestniczył nie będę, ale moi znajomi tak. Mieszkają w Gdyni :-)
Co prawda fachowcem kulinarnym nie jestem, ale jako, że całe przedsięwzięcie było skierowane do ogółu społeczeństwa to mimo wszystko pozwolę sobie na małą ocenę miejsc, które odwiedziliśmy – kolejność ustalona przez nasze nogi :-)
1. SANTORINI, http://www.santorinigdynia.pl/
Na początek zaszliśmy do “Santorini” – kuchnia grecka. W krótkich słowach przedstawia się to tak: wystrój – w porządku, przyjemny nawet, taki “grecki” jak mi się zdaje. Jedzenie – było nawet niezłe, zupa szczególnie. Choć już tak na początek “wyprawy” poczułem się z lekka oszukany. Może nie specjalnie, ale jednak. Kiedy zapytaliśmy kelnerki co serwują w tej specjalnej cenie powiedziała, że zupę I gyros z ziemniaczkami. Podkreślam łącznik “I”. Dla mnie “I” to coś razem. Przy płaceniu okazało się, że “I” oznaczało “LUB”. My zamówiliśmy to jako “I” i musieliśmy zapłacić nie 5 zł tylko 10 zł. OK, niby nic wielkiego (plus napitek kolejne 5 zł), ale jednak informacja powinna zostać podana klarownie, by nie było takich zaskoczeń. Mimo to bardzo możliwe, że kiedyś tam się jeszcze wybiorę.
2. DA VINCI , http://www.da-vinci.pl/
Następny była elegancka restauracje “Da Vinci” – kuchnia włoska. Wystrój klasyczny (jeśli tak można to określić), z kolumnami i białymi obrusami. Mimo to nie było sztywno. Do przetestowania zamówiłem kurczaka zawijanego w szynce parmeńskiej i w jakimś jasnym sosie (pisałem już, że na kulinariach się nie znam? ;-)). Otrzymałem tylko 2 takie paluszki, ale były smaczne, bardzo smaczne. Na koniec właścicielka jeszcze dała nam zaproszenia na jakieś niedzielne wyjadanie w stylu szwedzkiego stołu. Generalnie ocena pozytywna, może kiedyś się tam zawitam (biorąc pod uwagę smak tego co przekąsiłem) – ceny niestety nie takie małe.
3. A-DONG, http://www.kulinarnagdynia.pl/restauracje/show/21.html
Nr 3 to miejsce, które należy omijać bardzo szerokim łukiem. Szczęśliwie jest tak położone, że niewiele osób tam zbłądzi. Miejscem tym jest “A-Dong” – kuchnia chińska i wietnamska. Cóż… wnętrze przypomina bar 5 kategorii (zresztą z zewnątrz już nie zachęca do wejścia). Jedzenie podawane jest raczej mało po chińsku – z widelcami. Co do samego jedzenia to jak sobie przypomnę widok tego co zamówiłem robi mi się dosłownie niedobrze i zbiera mi się na wymioty. Zamówiłem kurczaka chrupiącego (w panierce). Nie wiem co to było za mięso, ale na kurczaka nie wyglądało. Po włożeniu małego kawałka tego niby kurczaka do ust zaczął on dosłownie tam mi rosnąć, trudno było zmusić się do jego pogryzienia. Ostatecznie połknąłem go tak jak piję się klasycznie wódkę – na raz. Z całego dania dało się zjeść tylko ryż. Nigdy więcej, nigdy, nigdy więcej. Okropne przeżycie, ble…
4. LA MAREE, http://www.restauracjalamaree.pl/
Pozycja nr. 4 też mnie jakoś nie zachwyciła i raczej wątpię bym pojawił się tam jeszcze raz. Generalnie serwują różne rzeczy w tym owoce morza. Podano jakąś rybę o białym mięsie na placku ziemniaczanym. Podano niewiele – szczypta ryby + pół małego placka. Smakowało nienajgorzej, ale było zimne, dostarczone szybko (czyli już wcześniej przygotowane), klimat miejsca taki sobie. Nic więcej nie mam do dodania. Wychodzimy…
5. TRAFIK, http://www.kulinarnagdynia.pl/restauracje/show/10.html
Po 4 knajpach nadal byłem bardzo głodny. W chińskiej w końcu zjadłem tylko ryż, a wersjami demo trudno się najeść. Postanowiłem już więcej nie próbować tych dziwnych specjalnych ofert tylko zjeść porządny, regularny obiad. Tym bardziej, że wydałem już tyle co na normalny obiad (30 zł, razem z napitkiem w {1}). Kolega wpadł na pomysł by pójść do czegoś o nazwie “Trafik” – bo tam można i zjeść i wypić kawę (na co on wraz koleżanką mieli ochotę). I poszliśmy. Dopiero jak tam dotarliśmy okazało się, że i ona bierze udział w “Kulinarnym weekendzie”. Byliśmy tam jednak trochę przed właściwą godziną. I dobrze…. Zamówiłem porządny, pełno-wielkościowy obiad i w końcu się porządnie najadłem. Kawałek kury, frytasze i surówka. Kura smacznie przygotowana, frytki porządne, duże – nie takie chudziaki jak to najczęściej serwują w różnych miejscach. Surówkę zjadłem – co jest nie lada zdarzeniem, bo zazwyczaj w restauracjach takich “specjałów” nie jadam. Reszta towarzystwa również uradowana była kawą czy herbatą, tudzież nawet ciastkiem. Wystrój zgodny z ostatnimi trendami – nowoczesna, lekko industrialna prostota połączona z ceglastą ścianą – fanem trendów nie jestem, ale i tak mi się podobało. Bardzo miło, przyjemnie i dużo przestrzeni, duże okna. I jeszcze fajna obsługa. Oczywiście moi współ-rajdowcy ostatecznie również zamówili zestaw promocyjny (makaron z jakimś sosem i płatkami róż).
“Trafik” to zdecydowanie najlepsza knajpa, którą odwiedziliśmy i do której z pewnością jeszcze zawitam w przyszłości :-))
Na koniec wspomniany link do strony ze szczegółami imprezy –> http://www.kulinarnagdynia.pl/. Do odwiedzenia o wiele większa liczba knajp, niektóre podobno są naprawdę ciekawe. Te odwiedzę może podczas kolejnego kulinarnego weekendu lub tak po prostu :-)
Pozdrawiam przy okazji moich kompanów z wędrówki – było bardzo wesoło :-))
Weekendowe 50mm – KOLOR
Ciąg dalszy zdjęć z weekendu, a dokładniej z niedzieli (prócz jednego). Tym razem w kolorze. Przyznam, że wszystkie poniżej pokazane zdjęcia, jak i te, które przedstawiłem w niedzielę bardzo mnie zaskoczyły. Po obejrzeniu ich już na spokojnie, w domu, na monitorze komputera, okazało się, że część z nich jest dość miła w odbiorze. Nie są to oczywiście dzieła sztuki, ale sprawiają mi przyjemność kiedy na nie patrzę. To zapewne dlatego, że nie jestem przyzwyczajony do robienia zdjęć przy pomocy takiej ogniskowej (niestety w praktyce jest to 75mm) i podczas patrzenia przez wizjer aparatu wyraźnie wyczuwałem wymuszoną ciasność kadru. Dzięki temu jest się zmuszonym do zwiększonej kreatywności. I to jest OK!





Jako ostatnie dziś umieszczam samo zdjęcie, które jest na końcu poprzedniego wpisu.
Niby to samo, ale niezupełnie to samo.

Weekendowe 50mm – BW
W zasadzie z rzadka używam mojej jasnej 50-tki. Dziś jednak pogoda zachęcała do eksperymentów. Podpiąłem zatem ją do aparatu i ruszyłem do Sopotu. To dobre miejsce na zwykły spacer w deszczową pogodę. Dziś kilka zdjęć czarno-białych. W ciągu dnia-dwóch kolejna porcja – tym razem w kolorze.







Poniżej jedynak z Gdańska. Podwórze ustrzelone przez szczelinę w bramie.

Różowy Pussy Wagon
Zamiast żółtego jest wściekle różowy, zamiast wielkiego jest niski sportowy – z mocno przyciemnionymi szybami i z wylakierowanym szerokim czarnym pasem od przedniego błotnika po tylny. Oto wóz, których nie widuje się często na ulicach. Choć w Gdańsku się pojawił (i miał gdańskie tablice). Robi piorunujące wrażenie. Co prawda nie mógłbym takim jeździć, ale podziwiam właścicielkę (jak mniemam) za wyczadzony pomysł.


