Z czeluści dyskowych Widmowego – Połonina Caryńska
Był rok 2007, wakacje, bodajże sierpień. Były też Bieszczady. Moja jedyna, jak dotąd, wizyta w tamtym miejscu. Krótka. Praktycznie jednodniowa – bo tyle zabrała mi jedyna wycieczka w połoniny. Fatalne warunki atmosferyczne spowodowały moją ucieczkę stamtąd na początku 4-ej doby od przybycia. Pozostały tylko wspomnienia w głowie i oczywiście zdjęcia. Natrafiłem na nie podczas robienia porządków wśród moich fotek i nie mogłem się powstrzymać by kilku tu nie przedstawić. Blog istnieje dopiero do ponad roku, więc z pewnością ich tu jeszcze nie było. I jak to ostatnio u mnie bywa – podaję je w sepii. Mam ostatnio słabość do tej tonacji. Jest magiczna, idealnie pasuje do Bieszczad. Oto zatem… Połonina Caryńska – podobno najpiękniejsza w całych górach.







Okolice Kolana
Podczas weekendu nad Jeziorem Ostrzyckim nie mogłem oczywiście odpuścić by nie poszukać jakichś ciekawszych tematów do fotografowania niż tylko rajdzik rowerowy. Oto co udało mi się znaleźć. Fotki tak od Sasa do Lasa w zasadzie tematycznie. Niestety znalazło się tam i jedno “śmieciowe”. Ludzie nie byliby ludźmi gdyby nie zostawili śladów po swoim pobycie. Dramat.











Sobota na siodełku
Bardzo krótka relacja z bardzo fajnego wyjazdu rowerowego na Kaszuby. Całkiem nieźle zorganizowaną grupą ludzi przejechaliśmy dwuetapową trasę liczącą trochę ponad 55 km dookoła Jezior Ostrzyckiego i Patulskiego do Brodnicy Dolnej (koniec pierwszego etapu), a następnie dalej na północ za Jezioro Kłodno, pod Kartuzy i z powrotem do “noclegowni” (drugi etap dla osób bardziej niewyżytych). Start w miejscowości Kolano i na początek od razu mocny akcent – wjazd na Wieżycę (najwyższy szczyt w okolicy – coś powyżej 320 m n.p.m.). Generalnie okolice Wieżycy odcisnęły swoje piętno na całej grupie. Najpierw kolega przenosząc rower nad korytem wyschniętego strumyku stracił kółko zębate od tylnej przerzutki. Zajarzył to po podejściu pod strome urwisko i zaczęło się szukanie części. Zajęło to trochę czasu i już na początku mieliśmy spore opóźnienie czasowe. Podczas zjazdu z Wieżycy koleżanka nie zachowała bezpiecznej odległości od poprzedzającego ją kolegi i oczywiście przysoliła w niego mocno na ostrym zakręcie w prawo. Krzyk, ryk i kolejne dziesiątki minut lecą. Trzeba było skombinować samochód, żeby ją zawieźć na pogotowie. Ostatecznie okazało się, że noga skręcona i usztywniona na 3 tygodnie.
Jak widać pierwsze godziny wędrówki spędziliśmy więcej na siedzeniu niż jeżdżeniu. Jak już ruszyliśmy dalej to po jakimś czasie okazało się, że w wyżej opisanym zderzeniu ucierpiał rower kolejnego kolegi… choć zjarzył się dopiero po jakimś czasie, kiedy miał problemy z tylnym hamulcem. Okazało się, że ma z koła ósemkę. Nasz nieplanowany wóz serwisowy znów był potrzebny ;-)) Po wymianie roweru ruszyliśmy dalej. Przed Brodnicą napotkane stado gęsi nastraszyło jednego z kolegów do tego stopnia, że sam siebie wysadził z siodełka używając przedniego hamulca. Jedno kolano zdarte. Aż dziwne, że tylko tyle. Część osób stwierdziła wtedy, że drugi etap sobie odpuści. Reszta postanowiła jechać dalej, choć dopiero po obiedzie.
Drugi etap okazał się znacznie trudniejszy. Więcej stromych i długich podjazdów, trudna nawierzchnia (kamienie i piach). Na szczęście było też kilka super ekscytujących i szybkich zjazdów. Z wydarzeń niefajnych zdarzyła się tylko jedna przewrotka w lesie i jedna zepsuta przerzutka przednia. Pod tym względem było nudniej ;-) Dodatkowo jeszcze złapał nas deszcz, przez co trasa została niestety skrócona o kilka kilometrów. Po powrocie okazało się, że nawet sam samochód serwisowy nie miał szczęścia i trzeba było go holować 17 km. Padł akumulator. Nie była to nudna wycieczka, oJ nie! :-))
Już po wszystkim został ból pośladków i pleców – nieprzyzwyczajonych do tak wyboistych i długich (zarazem) tras.
Poniżej rozrysowane poziomy wzniesień dla obu etapów wyprawy oraz kilka zdjęć.
Poziom wzniesień pierwszego etapu wycieczki z najwyższym wjazdem na Wieżycę.
Druga część wyprawy miała kilka bardziej wymagających podjazdów, ale też później fajowych zjazdów.
Kolega naprawiający swoją przerzutkę po odnalezieniu wszystkich części
(sam osobiście znalazłem kółko zębate :-)).
Z wieży widokowej na Wieżycy rozpościera się szeroki widok na kaszubskie ziemie.
Nasza grupka odpoczywająca na szczycie Wieżycy.
Po drodze zdarzały się różne przeszkody, które każdy pokonywał na swój sposób.

Jedno ze zdjęć zbiorowych.
Po drodze było kilka stromych i nieprzejezdnych wzniesień.

Oto i stado gęsi, które spowodowało kolejne zdarzenie drogowe…
… z tym tu oto kolegą. Tutaj już próbujący wstać po upadku.
Czasem trzeba było popchać rower nawet kiedy wzniesienie było przejezdne.
Kolejny przełaj… tym razem w dół w poszukiwaniu ścieżki.
Niedługo kilka kolejnych zdjęć z wyjazdu, ale nie związanych z trasą rowerową.
Okolice jeziora Zawiad
Wczoraj na półwyspie, dziś w Parku Krajobrazowym. Wczoraj bez-zdjęciowo, dziś odwrotnie – to zdjęcia były głównym celem. I wróciłem nawet zadowolony, tym bardziej, że znalazłem tam (okolice Bieszkowic i jeziora Zawiad) fenomenalne tereny lesisto-jeziorne. Jezioro samo w sobie nie za duże, z plażą na której gęstość zaludnienia to 4 osoby na m2 albo i więcej momentami – jak dla mnie rzeźnia. Nie rozumiem co ludzie widzą przyjemnego w takim leżeniu jeden obok drugiego w pełnym słońcu. Zostawmy jednak te dywagacje i wróćmy do tego co przyjemne. Zaraz za wspomnianym wcześniej jeziorem zaczynają się fantastyczne mokradła i z mniejszymi zbiornikami wody, grzęzawiskiem, niebezpiecznymi podmokłymi ścieżkami i ciszą. Dodatkowo z niesamowitymi widokami i mnóstwem jagód.
Po powrocie – szpileczka na mapie – by tam jeszcze pojechać.
Teraz… zdjęcia…





To chyba jeden z pierwszych jadalnych grzybów widziany oczami człowieka w tym roku w Polsce. Dobra, może przesadzam, ale przypuszczam, że jeszcze wiele grzybów w lasach nie ma, więc miałem trochę szczęścia i trochę spostrzegawczości :-) Oczywiście grzyba nie zabrałem, bo i po co?

Ponton – dobry pomysł na odrobinę samotności, gdzie o nią niełatwo.
Na koniec postu moje najlepsze zdjęcie z dzisiejszego dnia. Warto obejrzeć je w większej rozdzielczości… wystarczy kliknąć na zdjęciu lub na tym linku –> http://www.flickr.com/photos/widmowy/3780862273/sizes/o/.
…a teraz skończę piwo i idę spać. Jutro między 8:00 a 16:00 zwykły dzień – taki jak zazwyczaj między tymi godzinami. Co później? O, to może już być przygoda :-)
Bochum Wattenscheid, #1 – park
Wracam do opowiastek i zdjęć urlopowych.
Po Heidelbergu przeniosłem się do małej miejscowości Bochum Wattenscheid. Wattenscheid było kiedyś samodzielnym miasteczkiem, jednak zostało wcielone do Bochum. Na pierwszy rzut oka mogło wydać się mało interesujące. Co prawda posiada dość urocze centrum, z interesującą architekturą, 2 ciekawe kościoły – jednak nic w tym nowego, ekscytującego. Szukałem czegoś bardziej niezwykłego, co byłoby fotogeniczne, acz mało zauważalne…
…i znalazłem. Malunki. Malunki na śmietnikach w parku, malunki na miejskich rozdzielniach prądu, może jeszcze gdzieś – tego już nie wiem. Szczególnie te pierwsze zwróciły moją uwagę, które wyzwoliły we mnie prawdziwą radość fotografowania i byłem pewien, że choćby dla nich warto było wyjechać na taki urlop. Dla mnie bomba.
Zresztą myślę, że pokazują one też to, że Niemcy nie są jakimś takim mało sympatyczny narodem, jak się o nich u nas myśli. Zresztą to przypuszczenie bazuje też na kilku innych moich doświadczeniach.
…czas na zdjęcia…



Powyżej tylko 3 zdjęcia z serii. Kolaż z ich większą ilością dostępny jest w mojej galerii Flickr –> wystarczy klinkąć na ten adres: http://www.flickr.com/photos/widmowy/3766682892/ lub na zdjęcie poniżej:
Wkrótce pozostałe zdjęcia z Wattenscheid i jego okolicy!


2 komentarzy