eBlog Widmowego

Czechy, wpis_#9, podsumowanie

Opublikowany w Czechy, Turystycznie przez Widmowy w dniu 9 listopad 2008

Przyszedł w końcu ten czas by wizytę w Czechach podsumować. Za oknem dziś tak sobie. Muszę przyznać, że podczas zwiedzania miejscowości, o których pisałem we wszystkich moich poprzednich postach (związanych z Czechami rzecz jasna) pogoda była podobna. Nie było co prawda specjalnie zimno, ale aura ogólnie nie rozpieszczała. Trochę szkoda, ale nie o pogodzie miałem przecież pisać :-)

Spróbuję zatem całość jakoś usystematyzować – co pozwoli mi na sprawniejsze uporanie się z zadaniem. Zatem cóż my tam mamy…

Zacznę od ogólnego wrażenia architektonicznego – pod tym względem Czechy są niezwykle bogatym krajem, nawet najmniejsze miejscowości posiadają własną starówkę, stare kościoły, interesujące przyozdobienia czy też zamki. Stan starówek jest różny, jednak ogólne wrażenie jak najbardziej pozytywne. Widać, że Czesi w miarę dbają o te najbardziej oblegane miejsca, że turystyka jest ważnym środkiem ich dochodów. Dodatkowo każda z nich ma własną “osobowość”. Do dziś pamiętam każdą jako osobny “byt” i jednoznacznie mogę powiedzieć, która jest która. I dlatego warto obejrzeć tyle miast i miasteczek ile tylko można.

Nie wiem jak to wygląda w pełni sezonu turystycznego, ale we wrześniu spokojnie można tam zupełnie w ciemno, bez rezerwacji noclegów. Biura informacji turystycznej to jeden z najmocniejszych czeskich punktów – zawsze kierowałem tam swoje pierwsze kroki w nowym mieście i zawsze otrzymywałem pełną pomoc i to czego chciałem najbardziej – nocleg. Oczywiście nie należy przyjechać zbyt późno – trudno by o 21:00 chciało się jeszcze komuś pracować, szczególnie kiedy turystów nie jest już tak dużo. Obsługa zazwyczaj miła, życzliwa i pomocna. Pierwsza klasa.

Język czeski jest pełen pułapek – tak zabawnych (np. lepiej nie mówić kupując lody “zmarzlina truskawkowa” – oznaczałoby to po prostu chęć kupienia lodów z ptasiego kału), tak i frapujących (i tu sztandarowy przykład słowa “szukać”, które w czeskim języku jest tak mocnym przekleństwem, że nasza swojska “k…a” to pikuś). Jednakowoż jeśli ktoś nie zna angielskiego czy niemieckiego też porozumieć się w miarę powinien. Po jakimś czasie wiele tamtejszych słów rozpoznać łatwo, sporo też mamy podobnych, a wymowa jest jak najbardziej dla nas do przyjęcia. Przypuszczam, że po pół roku spędzonym w Czechach można całkiem sprawnie tym językiem operować. W końcu tamtejszy język do XIV wieku bodajże rozwijał się identycznie jak nasz. W kwestii języka zabawne były częste reakcje w sklepach lub barach na język obcy. Nierzadko zamawiając menu, piwo lub jakąś pamiątkę po angielsku tamtejsza obsługa odpowiadała w języku niemieckim. Widać, że Niemcy są tam najczęstszymi gośćmi.

Bardzo podobała mi się komunikacja. Generalnie to jednak zupełnie inna klasa niż polskie PKP i PKS razem wzięte. Często używałem lokalnego transportu i myślę, że w tej kwestii moje wrażenia są jak najbardziej uzasadnione. Pociągi – choć sporo z nich jest podobnie wiekowa jak nasze składy, to jednak czyste, schludne, bez zbędnych dziwnych dywaników, w których zbiera się tylko kurz, błoto i piach. Do tego, a może przede wszystkim – punktualne. Przyjeżdżające co do minuty i tak samo odjeżdżające. Podobnie z autobusami. Nie śmierdzą w środku tak jak nasze, choć też do luksusowych nie należą. Choć nawet na krótszych trasach autobus jest klasy małej turystycznej z toaletą. Nie wiem czy zawsze czynną, jednak teoretycznie tak. Punktualność oczywiście też na miejscu.

Nie miałem zbyt dużego kontaktu z autochtonami to jednak z ogólnych obserwacji oraz opowiadań przewodnika towarzyszącego naszej grupie fotograficznej (to w drugiej części mojej wizyty w Czechach) w drodze do Pragi wynika, iż ich życzliwość, spokój i luźniejsze usposobienie jest faktem. Podawałem już przykład konduktora, z którym miałem do czynienia podczas jazdy do Czeskiego Krumlowa. Moje dobre wrażenie wzmógł też pewien kierowca autobusu, którym jechałem bodajże do Bechyne. Autobusem tym jechał człowiek niewidomy. Kiedy wysiadał kierowca pomógł mu wysiąść, następnie poszedł z nim na przejście dla pieszych, przeprowadził go przez jezdnię na drugą stronę i przeszedł jeszcze kawałek drogi przekazując osobie, która nań czekała. Mógł to być pojedynczy przypadek człowieka życzliwego, jednak śmiem przypuszczać, że nie jednak nie odosobniony. Jak również nie wierzę za bardzo, by któryś z naszych rodzimych kierowców tak by się zachował. Owszem, zapewne pomógłby wysiąść. Jednak zapewne większość zostawiłaby tegoż niewidomego na przystanku i podbudowawszy swoje ego z racji niesienie pomocy wsiadłaby za kierownice i odjechała. Zapewne ciesząc się też, że już jest po kłopocie. OK, może jestem nadto krytyczny w stosunku do Rodaków, jednak trochę też lat tu żyję.

Jedzenie – to lokalne – przepyszne. Szczególnie do dziś pamiętam gulasz z knedlikami, opisywałem go w jednym z poprzednich wpisów. Polecam każdemu! Druga rzecz to może mało czeskie danie, ale myślę, że jego wyrób ukazuje większy profesjonalizm i dbałość o szczegóły u naszych południowych sąsiadów w porównaniu do polskich “kucharzy”. Mam na myśli wyrób pizzy. Nigdy nie byłem we Włoszech i nie wiem jak tam podaje się prawdziwą włoską pizzę, jednak wyobrażam sobie, że to co jadłem w Czechach było czymś takim właśnie. A jadłem ja w dwóch różnych miastach, w różnych lokalach. Super cienkie, papierowe i odpowiednio przypieczone ciasto, przepyszny sos pomidorowy, optymalna ilość farszu i dobry ser. Zero ketchupu czy innego tałałajstwa. Rewelacja! Kiedy jem czasem u nas te ufologiczne placki, z grubymi płatami kiepskiej szynki i jeszcze gorszym sosem to aż się jeść nie chce. Oczywiście znam kilka miejsc gdzie i u nas jest dobra pizza, jednak nie jest ona mimo wszystko tak dobra jak ta jedzona w Taborze czy Prachaticach. Z pewnością muszę kiedyś pojechać do Włoch, by sprawdzić jak podaje się pizzę w miejscu jej narodzin. Mimo to polecam oczywiście jedzenie typowo lokalne, jest przednie, pikantne i smakowite.

Czechy wydają się być krajem bardziej nowoczesnym – Praga ma 3 linie metra – może nie jest to tak dużo na tle innych stolic europejskich, ale też jest to o 200% więcej niż w Warszawie. Mają tam też 2 elektrownie atomowe – u nas, jak wiadomo, niestety takowej nie wybudowano. Choć powstała niedawno nadzieja, że w końcu może jednak takowe powstaną. Choć zanim pierwsza taka elektrownia zostanie uruchomiona mina jeszcze dłuuuuugie lata. Dodatkowo podane wyżej przykłady (transport, organizacja turystyki, sztuka kulinarna) pokazują, że jest to kraj ludzi pragmatycznych. Może mieć na to również wpływ ichniego światopoglądu, mało ograniczonego przez kler i religię. Co prawda bezpośrednio nie badałem w żaden sposób religijności Czechów jednak z danych statystycznych i opinii zbieranych z różnych źródeł kraj ten opisywany jest jako wręcz areligijny. Kościołów mają wiele, ale to raczej relikty przeszłości, częściej odwiedzane przez turystów niż przez wierzących Czechów. Cóż, mi ten układ bardzo pasuje :-) Z tego co mówił wspomniany wcześniej przewodnik ten brak okowów religijnych widać również dookoła w życiu codziennym, np. w reklamie. To co u nas zostało by od razu podane krytyce przez szturmujące babcie z logiem RM wyrżniętym wręcz na twarzy (lub przez wielu “czystych” i “świętych” polityków) tam przechodzi bez zgorszenia. Sam widziałem kilka reklam w metrze czy bilboardów, które zaskoczyły mnie swoją wyrazistością. Niestety nie pamiętam teraz żadnego na tyle konkretnie by podać jakiś przykład, jednak polecam obserwację tego podczas ewentualnej wizyty.

Cóż z powyższego wydawać by się mogło, że Czechy to kraj miodem i winem płynący – czy raczej samym złocistym piwem jeśli już (które jak wiadomo jest naprawdę FANTASTYCZNE). Nie mogę stwierdzić, że tak jest na 100%. Zdaję sobie sprawę, że byłem tam zbyt krótko (razem 2 tygodnie) aby dać sobie za to głowę uciąć. Jednak pierwsze wrażenie jest bardzo ważne i jest ono bardzo, bardzo pozytywne. Aż chce się wrócić i być może kiedyś tam jeszcze pojadę. Choćby może do osławionej Pragi, w której byłem albo przejazdem, albo z kilkugodzinną wizytą, która przyznam była trochę nużąca. Chyba z tego powodu, że naoglądałem się już wcześniej tyle architektury, iż nic nie potrafiło mi wpaść już w oko. Praga podobno najlepsza jest nocą i to trzeba będzie właśnie kiedyś sprawdzić. Bądź co bądź na stan obecny Czechy podobały mi się na tyle, że gdybym mógł się tam przeprowadzić to kto wie – z pewnością zastanawiałbym sie poważnie :-)

Na koniec, celem urozmaicenia, kilka zdjęć z Pragi. Za wiele ich tam nie zrobiłem, ale coś niecoś jednak tak.

345_dsc_4264

345_dsc_4424

Zdjęcie po lewej stronie przedstawia herb Pragi umieszczony na moście wiodącym na Hradczany. Po prawej natomiast monument przedstawiający króla Karola IV, z tłem przedstawiającym innego króla czeskiego – piwo Pilsner Urquel. Hm, jest to może najbardziej znane piwo czeskie w świecie, jednak ja stawiam na Budziejowickiego Budwara!

345_dsc_4491

Astronomiczny zegar Orloj z 1410 roku umieszczony na praskim Ratuszu Staromiejskim. Jak widać na zdjęciu jest całkiem nie mały, ale też umieszczony bardzo nisko.

700_dsc_4274

Uroczysta zmiana warty gwardzistów na Pierwszym Dziedzińcu zamku królewskiego na Hradczanach.

700_dsc_4509

Praski market uliczny “Havelskie Trziste” gdzie można kupić świeże (po czesku “czerstve”) owoce i warzywa oraz turystyczne pamiątki.

500_dsc_4337_2

Gdzieś po drodze z Hradczan w stronę centrum starego miasta znalazłem wielka kolorową ścianę pomalowaną i popisaną najróżniejszymi symbolami, osobistymi wyznaniami, myślami. Ze ścianę tą wmurowana jest głowa mężczyzny w okularach. Niestety nie wiem kogo przedstawia, ale będę starał się dowiedzieć. Jeśli Ty wiesz któż to lub cóż to jest to daj znać.

700_dsc_4326

Przy wspomnianej ścianie czychałem dłuższy czas by złapać jakiś ciekawy moment i opłacało się. W fotografii cierpliwość jest potrzebna (której mi niestety ciągle brakuje).

700_dsc_4427

Nieostrość na powyższym zdjęciu jak najbardziej zamierzona. Zaintrygowało mnie zajęcie i anonimowość tego człowieka, niezauważanego przez przechodniów, a dbającego o to by nie chodzili w chałdach brudu. Zaintrygowała mnie też kontrastowa, dopełniająca się kolorystyka. Brak ostrości wynika z chęci zachowania wspomnianej anonimowości, nadaniu obrazowi większej plastyki, odrobiny tajemniczej aury, pozbawieniu go aptekarskiej szczegółowości. Tu nie liczy się szczegół, a treść i obraz sam w sobie.

Uzupełnienie 2009-sty-01 -> nie wiedziałem wcześniej, ale taką właśnie serię zdjęć nieostrych zrobił Tomek Sikora w Maroku. Naprawde niesamowite zdjęcia. Warto je znaleźć (są np. w jego albumie “Światłoczuły”) i obejrzeć.

Czechy, wpis_#8, Krumlow – zdjęcia

Opublikowany w Czechy, Turystycznie przez Widmowy w dniu 6 listopad 2008

Dokładna nazwa miasteczka to Czeski Krumlow (po czesku Cesky Krumlov). Po długim czasie wracam z obiecanymi zdjęciami z tegoż miejsca. Jak widać dokańczanie historii czeskiej “wyprawy” rozwleka się straszliwie w czasie. W założeniu było opisywanie wrażeń “na gorąco”, a tymczasem niedawno rozpoczął się listopad – od zakończenia wizyty w Czechach minęło około 1,5 miesiąca. O samym Krumlowie pisał już nie będę. Tych, którzy o nim nie czytali zapraszam do odszukania notek o nim w archiwum (co jest bardzo proste przy pomocy choćby tagów). Zostało mi zatem jeszcze napisanie ostatniej notki z czeskiej serii – podsumowania całego wyjazdu i tego jakim ten kraj pamiętam do dziś – co było na plus “dodatni”, co na “ujemny” – jak mawia pewien były prezydent RP. Niedługo ten wpis znajdzie się na eBlogu. Tymczasem zapraszam do zapoznania się z poniższymi, typowo turystycznymi zdjęciami.

Poniżej: Idąc z dworca kolejowego (bądź autobusowego) 2 stronę starówki można podziwiać niezwykle malowniczą panoramę zamku zbudowanego na stromej skalne nad samą Wełtawą.

700_dsc2995

700_dsc3018

Przebudowy i remonty nie tylko u nas widoczne.

700_dsc3026

Fragmenty krumlowskich uliczek.

700_dsc3029

700_dsc3212

700_dsc3033

Główny plac Czeskiego Krumlowa.

700_dsc3051

Po lewej stronie widoczny wznoszący się na skale gotycki kościół św. Wita.

700_dsc3089

700_dsc3085

700_dsc3079

Dziedziniec części zamku zwanego “Hradek” z kolorową, okrągłą wieżą, na którą oczywiście można wejść i podziwiać panoramę miasta (na kolejnych zdjęciach). Po prawej widok na wieżę zamkową oraz widoczna wieża dawnego kościoła św. Josta ze szpitalem, gdzie obecnie jest m.in. muzeum marionetek.

700_dsc3180

700_dsc3008

Dzwony na zamkowej wieży.

700_dsc3176

Panoramy miasta ze szczytu zamkowej wieży.

700_dsc3160

700_dsc3172

700_dsc3161

Kolorowe domy nad Wełtawą.

700_dsc3206

700_dsc3211

Nie wszystkie domy z zewnątrz są odrestaurowane, a i stara Skoda się znajdzie.

700_dsc3010

Czechy, wpis_#7, Budziejowice – zdjęcia

Opublikowany w Czechy, Turystycznie przez Widmowy w dniu 21 październik 2008

Małe lenistwo mnie ostatnio ogarnęło i trudno zabrać mi się do nadrobienia eblogowych zaległości w temacie Czech. Po całym dniu siedzenia przy komputerze w pracy naprawdę mam dość tego elektronicznego badziewia. Aczkolwiek dziś postaram się poprawić odrobinę i poniżej można obejrzeć trochę takich sobie zdjęć z Czeskich Budziejowic, których zabrakło w jednym z wcześniejszych wpisów.

Tymczasem miło mi również napisać, że pojawił się w tym tygodniu nowy numer magazynu “Fotografia & aparaty cyfrowe”, w którym jest pierwszy 4 stronicowy artykuł o warsztatach fotograficznych, na których miałem przyjemność być. Głównie składa się on ze zdjęć grupowych wykonanych podczas plenerów. I jestem bardzo zdziwiony, że aż na 6-u z nich (50%) jest moja osoba. To niesamowite :-) Tych, którzy interesują się fotografią zapraszam do zakupu magazynu – choćby po to by obejrzeć Widmowego z aparatem w dłoni :-)) Taki mały narcyzm teraz uprawiam che che.

Teraz jednak zapraszam do obejrzenia zdjęć poniżej. Niestety opis tym razem bardzo skromny. Mam nadzieję, że następny (dot. Czeskiego Krumlowa) będzie lepszy.

Plątanina powietrznych kabli energetycznych dla trolejbusów przed dworcem kolejowym. Nie tylko Gdynia posiada taki transport publiczny.

Wnętrze dworca.

Budziejowicki rynek nocą – widok na miejski ratusz i fontannę Samsona.

Jedna z ciągów arkad kamienic położonych dookoła rynku.

Widok z Czarnej Wieży na rynek (czyli Plac Ottokara II).

Kamienice przy rynku.

Fragment starówki.

Wieża budynku klasztoru dominikańskiego.

Wieża klasztorna – widok z rynku (po prawej) oraz 72 metrowa Czarna Wieża (po lewej).

W Czarnej Wieży znajduje się kilka dzwonów. Najmłodszym z nich jest Budvar, ufundowany przez tutejszy browar… Budvar.

Dzień wywozu śmieci.

Na budynkach można znaleźć freski nie tylko o tematyce religijnej.

Zapasowa “kamienna twarz”, którą można przymocować do fontanny. Po prawej kolejne przejście pod arkadami. Trochę bardziej zaniedbanymi niestety.

Są gospody gdzie udało pogodzić ze sobą spożywanie dwóch najbardziej znanych czeskich piw. Ja oczywiście wolę Budvara, choć w Polsce o wiele łatwiej jest o Pilsnera.

W tym budynku znajduje się tradycyjna budvarska gospoda.

Po przeciwległej stronie rynku (w małym oddaleniu) znajduje się najbardziej znane miejsce spożywania piwa w Budziejowicach – Masne Kramy.

Na starówce Budziejowic mniejszy i większych wież można spotkać sporo.

…a na małych podwórkach wręcz zapomniane i wyschnięte studnie.

Czechy, wpis_#6, Bechyne

Opublikowany w Czechy, Turystycznie przez Widmowy w dniu 9 październik 2008

Po dobrze przespanej nocy w taborskim hostelu trzeba było zadbać o nasycenie dwóch moich pragnień – żołądkowego oraz turystycznego. Pierwsze z nich udało mi się zapchać przy pomocy syr-burgera (czy jakoś tak). Czyli burgera, który zamiast kawałka mielonych “cudów” miał w sobie prażony ser – potrawę typową dla Czechów (oraz Słowaków). Prosta, acz pomysłowa i nie najgorsza kanapka.

Drugie pragnienie natomiast, postanowiłem udobruchać wizytą w niezbyt odległej od Tabora miejscowości o nazwie Bechyne. Co prawda bardziej interesował mnie zamek o nazwie Cervena Lhota, ale niestety bez samochodu dostęp do niego jest bardzo utrudniony. Nie dojeżdża tam bezpośrednio żaden publiczny środek transportu, a na piechotę trzeba przejść około 8-9 km. W jedną stronę. Idąc tam i z powrotem wychodzi kawał drogi, a przede wszystkim taka droga zużywa sporo czasu. Trzeba by zatem wyruszyć bardzo wcześnie, a ja tego dnia sobie pozwoliłem na przedłużony sen. Wybór padł zatem właśnie na…

… Bechyne to niewielka miejscowość, leżąca na krawędzi głębokiego kanionu. Co zresztą widać, mam nadzieję, na zdjęciu powyżej i bodajże na samym końcu tego wpisu. Położenie to robi niesamowite wrażenie, kto wie czy nie lepsze nawet niż panorama samego, osławionego Czeskiego Krumlowa (szczególnie kiedy widzi się ją na żywo). Pionowe skały i spadziste połacie lasu spadają kilkadziesiąt metrów w dół, aż do miejsca gdzie płynie rzeka Luznica. Zapiera dech w piersiach. Dosłownie.

Nie licząc tego niesamowitego położenia główną atrakcją miasta jest renesansowy zamek, który był oczywiście jedną z siedzib rodu Rozmberków. Cóż nią nie było… :-) Aby dojść do zamku trzeba przejść właściwie przez całe miasto. Nie robi ono powalającego wrażenia, choć rynek – mimo, że pełen skośnookich handlarzy – i tak wydaje się ciekawy. Jest zupełnie inny niż te, które dotychczas widziałem. Jest to raczej wielki plac, z drogą po sródku, miejscem na stragany, nad którym panuje (i to już standardowo) kościół. Tym razem kościół tzw. św. Macieja, z wieżą, na którą można się podobno wspiąć. Niestety za późno się o tym dowiedziałem, więc nie obejrzałem panoramy okolic z pułapu “niebieskich” wysokości.

Poniżej umieściłem trochę zdjęć uliczek, kamienic i innych miejsc, które przyjemność miałem tam oglądać. Bechyne nie jest mekką turystycznych pielgrzymek, co też czuło się na każdym kroku i co miało swój dodatkowy urok. Stąd wizytę tam uważam, za wielce interesującą i polecam każdemu.

Niżej widać właśnie wspomniany kościół, czy wręcz prawie samą jego wieżę i część placu na rynku, gdzie rozłożyli się ze swym towarem jacyś Wietnamczycy czy inni przedstawiciele azjatyckich ludów. Widok z tej wieży mógł być faktycznie ciekawy.

Za kościołem usytuowanych jest szereg bardziej zadbanych kamienic wraz z gospodą oferującą Budziejowickiego Budvara. Co to jest nie muszę chyba już nikomu przypominać :-))

Różne rzuty na centrum miasteczka…

… i jego najbliższego, dość opustoszałego, otoczenia.

Natomiast za samym centrum jest już wspominany wcześniej zamek. Oto wejście na przedzamcze.

To natomiast jest droga prowadzącą przez park wprost do głównego zamkowego wejścia. Niestety. Miałem niefart i nie było mi dane zwiedzić zamku. Akurat jakaś przebrzydła, kapitalistyczna firma robiła sobie prywatną imprezę. Zresztą nazwa jakby znajoma… Udało mi się chociaż “urwać” kilka zdjęć zamku i jego okolic z zewnątrz.

Kilka kolejnych przykładów kamienic i ulic leżących w okolicach rynku.

I na koniec oczywiście większy rzut na przepiękne położenie Bechyne. Wyraźnie widać 3 największe atrakcje miasteczka: kościół Michała (prawa strona), dawny klasztor Franciszkanów z kościołem Wniebowzięcia (po środku) oraz zamek (fragment dachu po lewej).

Z nowocześniejszych rzeczy, które jeszcze odwiedziłem w Bechyne to… sklep Tesco. Autobus mi uciekł, musiałem jakoś zapełnić 1,5 godziny, które miałem w zapasie. Sklep był niepodał, poszedłem tam, kupiłem jakieś czeskie frykasy plus piwo i spokojnie skonsumowałem wszystko na jednym z tamtejszych stanowisk dworca autobusowego. Tak, trochę żulowo, ale cóż – kulturalnie się nie dało ;-)))

Czechy, wpis_#5, Tabor

Opublikowany w Czechy, Turystycznie przez Widmowy w dniu 2 październik 2008

Czwartek, wieczór – za oknem cicho, między ścianami mojego mieszkania również. Taki bardzo jesienny dzień. Nawet na wyjście z domu nie zabardzo jest ochota. Zawlekłem zatem laptopa, razem ze sobą, do sypialni i trochę popiszę. W tym też, a może nawet przede wszystkim, o kolejnym etapie mojej krótkiej wędrówki po południowych Czechach. To jedziemy…

Po 3-ch nocach spędzonych w Czeskich Budziejowicach postanowiłem ruszyć bardziej na północ, by być bliżej Pragi – co miało strategiczne znaczenie w planie mojego dalszego przemieszczania się. A dokładnie dotarcia do wspomnianego kilka postów wcześniej “Ozonu”. Zatem mój wybór padł na miasto Tabor. To spore miasto, zapewne podobne swą wielkością do Budziejowic. Podróż nie była jakoś specjalnie urozmaicona. Ot – wsiadłem do pociągu, by później wysiąść. Pociąg zatrzymał się na wielkim placu budowy. Tak wygląda taborski dworzec – co mnie wcale nie zdziwiło. W naszym kraju prawie każde miasto obecnie jest mniejszym lub większym placem budowy. Wiemy to wszyscy.

Po dotarciu do celu przejrzałem mapę i z moimi dwoma plecakami ruszyłem do tutejszego centrum informacji turystycznej. Potrzebowałem wszakże noclegu, a co jak co – tam mogłem spodziewać się fachowej pomocy. I oczywiście nie zawiodłem się. Udało mi się dostać pokój w pobliskim (czyli leżącym na starówce) hostelu – nowiutkim, świeżo przygotowanym w budynku, w którym mieściła się także szkoła. Do tego pokój nie był drogi, bo tylko 280 koron czeskich za noc (około 40 zł).

Po ulokowaniu się już w moim pokoju ruszyłem “penetrować” wszelkie zaułki i przesmyki leżące pośród kamienic Starego Miasta. Zresztą idąc z dworca w stronę starówki można by pomyśleć, że już się na niej znalazło. Tzw. Nowe Miasto posiada również wiele kamienic, tyle, że nowszych. Dodatkowo wszystko utrzymane jest w bardzo dużym porządku, nawierzchnia nowa, lampy, miła nowoczesność połączona z tradycją budowlaną.

Starówka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mogę śmiało powiedzieć, że z wszystkich miast, które

widziałem w ciągu tygodnia spędzonego w tamtych rejonach Tabor spodobał mi się najbardziej. Rynek już wręcz standardowo umiejscowiony na pochyłym gruncie, gdzie w najwyższym punkcie został umieszczony kościół (a gdzieżby indziej :->). Po środku rynku pomnik Jana Zizki – przywódcy grupy hustytów, którzy po opuszczeniu Pragi założyli Tabor na miejscu istniejącej już osady Hradiste (widoczny na zdjęciu powyżej, wraz z wieżą kościoła) oraz fontanna. Generalnie można powiedzieć, że są to nieodzowne elementy czeskich miast. Rynek obszerny i “z klimatem”. Niestety, również jak zwykle, spora jego część została przeznaczona na parking :-(

Rzucającymi się mocno budynkami na rynku są wspomniany kościół oraz ratusz, znajdujący się po jego zachodniej stronie (widoczny na zdjęciu obok).

Najciekawsze w Taborze jest jednak wniknięcie w unikalny labirynt tamtejszych uliczek. Ich sieć jest tak nieregularna, że można po nich chodzić długo i ciągle odnajdywać nowe widoki, nowe uliczki, nowe domy. Mimo, że spora część jest trochę zaniedbana, z obdrapanymi ścianami to jednak łażenie i ich oglądanie sprawia wielką przyjemność. Nawet nocą chodzi tam wiele ludzi, nierzadko grupki młodych turystów szukających miejsca do spania. Niestety o tak późnej porze informacja turystyczna już zamknięta (choć i tak otwarta aż do 19-ej). Plan uliczek został zresztą specjalnie wymyślony w taki sposób by zmylić wśród nich ewentualnych agresorów. Tabor był miastem obronnym wspomnianych wcześniej husytów. O samych husytach warto poczytać choćby na Wikipedii (http://pl.wikipedia.org/wiki/Husyci).

Mimo skomplikowania planu miasta zawsze można znaleźć drogę do centrum Starego Miasta, wieża kościelna widoczna jest nawet z dalszych jego zakątków (co widać na poniższym zdjęciu po prawej stronie).

Na zdjęciu po lewej widoczna jest Wieża Wodna, która niegdyś służyła do transportu wody ze stawu Jordan leżącego u stóp starówki do publicznej fontanny na rynku. Po prawej natomiast widok na część miasta leżącą za przecinającą Tabor rzeką Luznice.

Wśród zakrętasów uliczek można znaleźć nierzadko spokojne zaułki, w których można w ciszy usiąść i pokontemplować, poczytać książkę, porozmawiać czy napić się piwa przyniesionego we własnym plecaku.

Wąskie uliczki sprawiają wrażenie, że domy zbudowane są jakby jeden na drugim, w sposób chaotyczny i całkowicie nieprzewidywalny (co przedstawia przede wszystkim lewe zdjęcie).

Jak widać na wszystkich fotografiach ulice starówki pokryte są brukiem, najpewniej przekładanym w nie tak odległej przeszłości. Oprócz przechodniów pojawiają się tam nierzadko samochody co czasem przeszkadza w fotografowaniu. Szczególnie kiedy używa się statywu. Nie jest tam zbyt szeroko.

Oczywiście jak w każdym czeskim mieście spotkać można gdzieś wizerunek wojaka Szwejka, którego wykorzystuje niejedna restauracja czy gospoda. I w Taborze takiej nie zabrakło.

Choć ja jako wielki fan Budziejowickiego Budvara znalazłem oczywiście gospodę firmowaną przez wymieniony browar i gdzie podają wiadome piwo. Gospoda ta nazywała się bodajże “Pod złotym lwem” i oprócz przepysznego Budvara można zjeść tam przepyszne dania kuchni czeskiej oraz wspaniałą włoską pizzę. Nie byłem nigdy we Włoszech zatem nie wiem jaką pizzę tam się podaje, jednak to co można skonsumować w “Lwie” czy też w gospodzie w Prachaticach, którą odwiedziłem wcześniej było najlepszą pizzą jaką jadłem. I tak wyobrażam sobie właśnie prawdziwy włoski smak. Choć oczywiście w Czechach polecam przede wszystkim potrawy czeskie z knedlikami. Pychota!

Kilka kolejnych nocnych rzutów szklanym okiem na taborskie uliczki, a nawet wieżę ratusza.

Oczywiście o Taborze można byłoby pisać więcej, dłużej. Jednakowoż sił mi dziś już nie wystarczy, a i przygód tam specjalnych nie było. Ot takie łażenie po ciekawym architektonicznie mieście. I chyba miałem już wtedy początki małego kryzysu związanego z oglądaniem kolejnego miasta. Co za dużo to niezdrowo. Być może dlatego Praga, podczas mojego późniejszego kilku-godzinnego pobytu tam, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Wręcz byłem rozczarowany. Nawet specjalnie nie patrzyłem na te wszystkie kamienice, mosty i zamek. Nawet za bardzo nie pamiętam osławionego Mostu Karola – jedynie to, że jakiś nie za długi był. Po przeczytaniu różnych opisów, iż jego przejście może trwać nawet do 2 godzin sądziłem, że ma co najmniej kilometr długości i że dzieje się na nim dużo ciekawych zjawisk. Tymczasem… hmm… nuda po prostu :-) No dobra, o tym może (!) napiszę w innym wpisie. Może.

Dobranoc :-)