Paryż #4 – Cmentarz Montmartre
Tak trochę z braku laku wyciągam kolejne zdjęcia z zeszłorocznego archiwum. Ciągnę temat Paryża.
I oczywiście nie mogło zabraknąć choć kilku zdjęć z cmentarza. Niestety miałem niewiele czasu i udało mi się obejrzeć tylko jedną z tamtejszych nekropolii. Z pewnością jedną z bardziej znanych – czyli tą w Montmartre. Chciałem odnaleźć grób Juliusza Słowackiego, niestety nie udało mi się. Gąszcz grobów i grobowców jest tak duży, że bez mapy nie ma możliwości znaleźć czegokolwiek. Przy wejściu na cmentarz jest wprawdzie umieszczona mapa, jednak zdecydowanie trzeba mieć jakąś papierową przy sobie. Inaczej można nawet się zgubić, szczególnie kiedy ktoś ma kiepski zmysł orientacji (co oczywiście nie dotyczy mnie :-)).
Na pierwszy rzut oka, zaraz po wejściu na cmentarz (bynajmniej tym wejściem, którym wszedłem ja) może zaskoczyć widok nagrobków leżących pod wielkim wiaduktem drogowym. Naprawdę niesamowite wrażenie. 2 zdjęcia, które odrobinę pokazują ten fenomen.
Kolejną niesamowitością (bynajmniej dla mnie, zwykłego, nieobytego zjadacza chleba) jest wielka ciasnota, jaka panuje na cmentarzu. Groby upchane są ciasno jak przysłowiowe śledzie w puszce. Stoją tak jeden obok drugiego, niby podobne, a jednak różniące się. I jest ich naprawdę dużo. Z pewnością jeśli ktoś chciałby obejrzeć w miarę sensownie je wszystkie to musiałbym poświęcić na to bardzo dużo czasu.
Poniższe zdjęcie zaskoczyło mnie samego. Kiedy je zrobiłem byłem pewien, że człowiek ów siedzi tam raczej kontemplując. Tym czasem po obejrzeniu zdjęcia w komputerze okazało się, że tak nie jest. Zresztą przyjrzyj się sam(a). On coś obserwuje i notuje! Ciekawe!
Na sam koniec kawałek polskiego akcentu. Polskie groby ze szczątkami polskich emigrantów – weteranów różnorakich walk niepodległościowych z XVIII i XIX wieku.
“Always look at the bright side of DEATH”
The Flying Circus of Monty Python
Paryż #3 – Luwr
Za oknem pogoda jakoś słabiutka. Nie za bardzo chce się wychodzić. Zatem dobrze zrobić sobie kubek mocnej herbaty z łyżeczką cukru, włączyć coś spokojnego w tle i poprzeglądać stare zdjęcia. W ten sposób wróciłem do wizyty w Paryżu z ubiegłego roku. Osoby, które widziały Widmownię w 2008 z pewnością znają te zdjęcia. Mogą się zatem dzisiaj tu trochę ponudzić. A może jednak z przyjemnością obejrzą je raz jeszcze?
Dziś tematem będzie Luwr. Miejsce, które wiele osób zna choćby ze słyszenia, z telewizji, z różnych opracowań. Obraz Mona Lisy czy charakterystyczne szklane piramidy – to pierwsze przykłady rzeczy, które się kojarzą z tym miejscem. Teraz jest to jedno z największych i najstarszych muzeów w świecie. Może mało kto wie, że na początku nie był to żaden pałac tylko twierdza warowna! Jednak było to bardzo, bardzo dawno temu.
Mnie Luwr zaskoczył. Nie swym bogactwem zbiorów czy czymś takim – tych nie miałem czasu obejrzeć (będę musiał to kiedyś nadrobić). Zaskoczył mnie swym zewnętrzem czy też atmosferą dookoła niego. Pierwsze wrażenie było… takie sobie, by nie powiedzieć, że rozczarowujące. Wspomniane wcześniej szklane piramidy nie wydawały się takie monumentalne, otoczenie dookoła też jakoś różniło się od tego co zbudowałem wcześniej w wyobraźni. I tak po stosunkowo krótkim tam pobycie opuściłem go, ciągnąc nogami Polami Alizejskimi. Jednak jakoś tak kręciłem się po Paryżu, że w końcu trafiłem tam raz jeszcze, tyle, że nocą. I przyznam, że wtedy doznałem nowego wrażenia. Było tak jakoś nieopisanie przyjemnie, że miałem ochotę na spędzenie tam całej nocy. Mógłbym tak siedzieć i słuchać miasta. Szczególnie przypadł mi do gustu wewnętrzny dziedziniec, okolony zewsząd gmachem pałacu. Wszystkie mury oświetlone, gdzieniegdzie przechadzali się piesi i turyści, nad głową niebo pełne gwiazd. I tak siedząc na kamiennej ławce można było słuchać „ciszy” paryskiej nocy. Głównym mankamentem tego rejonu Paryża jest nieustający huk jeżdżących samochodów, choć nocą (co nie jest zaskoczeniem) jest on mniejszych. Mimo to było bardzo przyjemnie.
Wróciłem tam jeszcze raz za dnia. Mając kilka godzin do odlotu postanowiłem spokojnie posiedzieć w jakimś ciekawym miejscu, gdzie można by spokojnie poobserwować ludzi. Luwr to idealne miejsce by to robić. Zatem zatargałem się tam z całym bagażem, znalazłem idealne miejsce na spoczynek i usiadłem. Siedziałem tam ze 2 godziny zupełnie się nie nudząc, obserwując spacerowiczów, robiąc od czasu do czasu zdjęcia, totalny relaks. Luwr to fantastyczne miejsce na kontemplacje. Mimo dużego ruchu turystów można czuć się tak jakby czas się zatrzymał. Takie chwile są po prostu cudowne.










Paryż, #2 – Musee De L’erotisme c.d.
Miałem dziś zamiar trochę pomarudzić nt. szumu wokół hucznego świętowania odejścia starego roku i nadejścia nowego. Nawet napisałem już sporą część posta. Jednak ostatecznie zrezygnowałem z tego. Lepiej dać coś bardziej optymistycznego, przyjemnego w odbiorze i… lubieżnego :-) Chrzanić marudzenie che che. Choć napomknę tylko tyle, że mnie Sylwester nie jara i nie rozumiem tej całej paniki z nim związanej. Dobra, jedziemy dalej.
Jak przypuszczam nie każdy poniższe obrazki może uznać za przyjemne, szczególnie prace japońskich twórców. Ci panowie (a może i nawet panie? choć chyba raczej nie) maja naprawdę niesamowitą i szokującą europejskiego widza wyobraźnię. Oczywiście poniższe obrazy przedstawiam tu jako kontynuację tematu sprzed kilku dni dotyczącą ekspozycji paryskiego Muzeum Erotyki. Informuje o tym jakby ktoś się jeszcze nie połapał. Jest to oczywiście niewielki wycinek tego co można tam znaleźć. Dlatego jeśli kiedyś będziecie w tamtejszej okolicy to koniecznie zajrzyjcie. Nie pamiętam ile trzeba zapłacić za wejściówkę, ale nie jest to jakaś straszna cena.
Ponownie przepraszam za niezbyt dobrą jakość techniczną poniższych reprodukcji (jakieś odbicia, bliki itd) – jak pisałem poprzednio – zdjęcia były robione ad hoc, z ręki, w naturalnych warunkach muzealnych.
“Let’s play.”












Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś u źródła to podaję adres strony internetowej -> www.musee-erotisme.com.
Paryż, #1 – Musee De L’erotisme
Koniec roku już jutro. Wszędzie będą strzelały w górę korki szampanów i sztuczne ognie. Nachodzi czas wystrzałowych zabaw. Zatem i u mnie nie może zabraknąć czegoś wystrzałowego… Wracam zatem do mojej krótkiej, majowej chyba, wizyty w Paryżu – tej części, o której jeszcze nie pisałem… ale zacznę od początku…
Paryż – miasto romansu i miłości, wieży Eiffla, Sekwany, Łuku Triumfalnego, (… tu cała lista innych słynnych rzeczy …) i muzeów – charakterystyczne szklane piramidy na dziedzińcu Luwru zna chyba każdy. Zazwyczaj podczas pierwszej wizyty obchodzi się te wszystkie znane miejsca, by zobaczyć co w trawie piszczy. Wyrobić sobie własne zdanie o tym czy ten cały Paryż jest taki wspaniały. Ja zrobiłem podobnie. Choć jednak też trochę inaczej.
Założę się, że większość ludzi z mojego rocznika i starszych kojarzy nazwę Placu Pigalle (“najlepsze kasztany…” itd). Generalnie okolice Placu Pigalle to tzw. czerwona dzielnica, pełna sex shopów, miejsc z pokazami dla dorosłych, kabaretów – ze słynnym Moulin Rouge na czele. W tej oto dzielnicy, jakieś 30 metrów od placu Pigalle mieści się specjalne muzeum. Muzeum, do którego większość turystów raczej nie dociera, a szkoda. Zobaczyć tam można opis dziejów świata od strony, o której nikt nas na lekcjach historii nie uczył. Znów szkoda. Cóż to zatem za muzeum…?
…jest to Muzeum Erotyki.
Nierzadko zdarza się, patrząc na to co się teraz dookoła dzieje, iż myślimy, że w dawnych latach seks odbywał się tylko w zaciszu domowym, w ciemności i stylu misjonarskim. Że ogólnie służył tylko do prokreacji. Wizyta w Muzeum Erotyki diametralnie może odmienić nasz pogląd jak wyglądały “te sprawy” w nawet zamierzchłych, starożytnych czasach. Wszystko to co teraz można obejrzeć w Internecie, na filmach czy w kolorowych “świerszczykach” już kiedyś było. Tylko medium przekazywania informacji było inne. Obrazy przedstawiające seks umieszczano nawet na starożytnych wazach. I to taki, który i dziś może siać zgorszenie wśród pruderyjnego społeczeństwa. Różnego rodzaju dogadzacze – szczególnie dla kobiet (w liczbie mnogiej jednocześnie) robiono również, tyle, że z drewna. Zresztą poniżej można obejrzeć kilka przykładów. Osobiście zrobiłem tam trochę zdjęć – nie mogłem nie udokumentować takich niesamowitości, tym bardziej, że fotografowanie ich nic nie kosztowało :-) Proszę wybaczyć fatalną jakość techniczną zdjęć, były robione z ręki w dość trudnych warunkach oświetleniowych (nie mówiąc o ich drżeniu chi chi).
Na początek trochę różnego rodzaju figur, rzeźb i przedmiotów – w tym użytkowych ;-))





Poniższa rzeźba bardzo ciekawie prezentowałaby się w salonie…

… a ta figura na kredensie :-)



Lalka z japońskiego teatru kukiełkowego.

Jednak najbardziej podobało mi się zgromadzone tam bogactwo grafik i fotografii erotycznych. Ze sztuk wizualnych zdecydowanie bardziej do mnie przemawiają obrazy.



Powyższe grafiki to tylko przedsmak tego co wrzucę na eBloga już niedługo. Tam będą naprawdę smakowite perełki, szokujące i perwersyjne – szczególnie autorów japońskich. Jak wiadomo Japonia to kraj szczególny pod wieloma względami, w tym w podejściu do erotyki.
Bądźcie czujni!




